| BALTIKUM
7087 kilometrów wolności
Pamiętne lato 1996 - przełom
czerwca i lipca. Psia pogoda. Od miesiaca bez przerwy pada deszcz. Przyjechałem
do Warszawy i czekam. |
|
 |
 |
 |
|
Wreszcie
dosiadłem mojego stalowego rumaka. Jestem znowu w drodze. Nie ma juz odwrotu.
Pierwszą noc spędzilem nad jeziorem w Zegrzu. Po trzech następnych dniach
i 400 rowerowych kilometrach jestem w Sopocie, zatrzymuję się u rodziny,
załatwiam bilet na prom... i ruszam w dalszą drogę. Słyszę jeszcze za plecami
mojego zatroskanego brata ciotecznego : "uważaj na siebie, ty wariacie
!" i wkrótce jestem w porcie w Gdyni - drzwi w szeroki świat. Stacja docelowa
Karlskrona (Szwecja). |
|
Pogoda jest cudowna. Mam
przed soba bardzo słoneczny miesiąc. Ciekawość mnie porywa i dodaje skrzydeł
w podróży przez ten niesamowity Połwysep Skandynawski. Szwecja jest jeszcze
białą plamą na mojej osobistej mapie Europy, lecz ten stan rzeczy szybko
się zmienia. Za regionem Blekinge jadę chyba z 1500 km przez bezgraniczny
las. Bogactwo grzybów i jagód. Co wieczór stawiam mój namiot w coraz piękniejszych
miejcach nad oszaąamiająco ślicznymi jeziorami lub niekiedy nad rzeczkami,
które niosą wodę pitnę. |
|
 |
|
|
|
|
|
 |
|
Dojeżdzam do miasta
Mora, stolicy regionu Dalarny. Słynie ono z masowej produkcji drewnianych
koników, które można wszędzie tutaj we wszystkich wielkosciach kupiń (na
zdjęciu konik Dalarny w wielkości chyba maksymalnej, zamiast ogrodowego
krasnala) oraz na cały świat słynnego corocznego zimowego biegu narciarskiego
z uczestnictwem ponad 10.000 biegaczy.
|
|
|
Im dalej na połnoc,
tym bardziej dzikie są krajobrazy. Rozkoszuje się "samotnością" na łonie
pierwotnej natury. Miasteczka i wsie, ostatnie ostoje cywilizacji stają
się coraz rzadsze. Östersund nad jeziorem Storsjön uważa się za jej ostatnią
ostoję. Za nią oczekuje mnie już dziewiczo dzika Laponia. Tam zbaczam już
zupełnie z glównej szosy i pedałuję udeptanymi dróżkami przez las, gdzie
często pokazuje mi się prawdziwy władca tych terenow - renifer. Po tylko
trzech tygodniach przyjemnej rowerowej przejażdzki po raz pierwszy w życiu
przekraczam koło polarne i 40 km później granicę norweską.
|
|
 |
|
|
|
|
|
|
|
Szwecję
i część dzikiej Laponii zostawiłem już za sobą. Teren staje się natychmiast
dramatycznie górzysty. Jazda rowerem z ok. 80 kg ciężkim ekwipunkiem z
szaloną szybkością wzdłuż przepaści i po wąskich mostach nad glębokimi
wąwozami dostarczyła mi spory dreszczyk emocji. Dojeżdzam do Oceanu, a
właściwie do jego odnogi w postaci Fjordu, na którego końcu leży miasto
Bödö. Z tego miejsca wiezie mnie statek 4 godziny na malutką wyspę Röst,
należącą do archipelagu Lofotów, leżącą 100 km od wybrzeży Norwegii i ok.
180 km na połnoc od koła polarnego. |
|
|
|
|
|
|
Lofoty, archipelag wysp
pochodzenia wulkanicznego uważane są za najpiękniejsze miejsce w Europie.
Między niezwykłymi szczytami gór lezą malownicze zatoczki z białymi plażami
i kryształową, błękitną wodą. Koniec sierpnia. Neptun i Posejdon okazali
się teraz nieprzychylni. Po raz pierwszy spałla nocą temperatura ponizej
0 stopni przy huraganowym wietrze i zacinajacym deszczu. Spiwór, namiot,
wszystkie ubrania przemoczone. Zaczynam marznąć - szczególnie nocą. Z zimą
tutaj nie ma żartow. Najpierw zastanawiam się poważnie nad przedwczesnym
powrotem do domu, później szybko przyzwyczajam się do mrozu, który od tej
pory jest moim wiernym towarzyszem.
|
|
 |
|
 |
|
Z powodu nieprzyjemnych
warunków pogodowych w trzy dni panicznie opuszczam ten raj w morzu
polarnym. Jadę wokół krętych połnocnych fjordow. Samopoczucie moje jest
mimo mrozu z dnia na dzień lepsze. Mam wrażenie, że jestem na świecie zupełnie
sam. Każdej nocy zdumiewam się nad niesamowitym zjawiskiem regionów podbiegunowych
- zorzą polarną. 17 września przekraczam 71 równoleżnik,
za którym leży już tylko
Przylądek Połnocny (Nordkap). Docieram tam, z powodu potwornego wiatru,
ktory mnie wielokrotnie zcina z nog i wrzuca do rowu, na czworakach.
|
|
|
Powrót na południe przez
przepiękna fińską Laponie, która pokazuje mi się w nie do opisania pięknych
kolorach polarnej jesieni. Uciekajęc pośpiesznie przed zimą przekraczam
znowu koło polarne niedaleko miasta Rovaniemi, gdzie swoja siedzibę ma
Swięty Mikolaj.
|
|
 |
|
 |
|
Powoli kończy się północna
tundra, krajobraz stepowy na wiecznej zmarzlinie. Pojawiają się pierwsze
karzelkowate brzózki, a potem nawet sosny. To tajga. Tak musi wyglądać
Syberia. Okolica jest zupełnie bezludna. Droga prowadzi mnie do świetego
jeziora lapończykow Inari Järvi i do pierwszej osady ludzkiej po 200 km
- Ivalo.
|
|
|
Rovaniemi leży prawie
na samym kole polarnym. Pierwszy podmuch cywilizacji, po dłuższym czasie
robi mi dobrze. Pozwalam sobie na dwudniową przerwę. Uzupełniam ekwipunek
i prowiant. Do brzegu Zatoki Botnickiej, połnocnego krańca Bałtyku jest
już niedaleko. Później czekaję mnie jeszcze brutalne dni na południu Finlandii.
Nocą w namiocie muszę przetrzymać temperatury w granicach minus 15 stopni.
|
|
 |
|
 |
|
Lahti, nazwę tego miasta
zna każdy sportowiec. Tutaj znajduje się zespół trzech skoczni narciarskich
i odkrytego kąpieliska, scalonych w jednym kompleksie. W biurze informacji
turystycznej pytam się o tani nocleg. Bardzo sympatyczna "urzędniczka"
telefonuje na camping Mukkulan Kesahota. Z drugiej strony słuchawki zdziwiony
żeński głos : "Co, pod namiotem, o tej porze roku ?" Zatrzymuję się trzy
dni na campingu. Nikt się nie pyta o mój paszport, albo dane osobiste.
Dostaje zaraz klucz od wszystkich pomieszczeń stojących do dyspozycji.
Wreszcie pierwszy ciepły prysznic po dłuższym czasie, zwiedzanie bardzo
przyjemnego miasta. Na pożegnanie uprzejmy uśmiech, to cała zapłata, którą
ode mnie za używanie campingu oczekiwano. Fini są kochani !
|
|
Po wielu jeszcze miłych
dniach docieram w czwartek 24 października do Helsinek. Bardzo mi się tutaj
podoba. Dowiaduje się, że prom do Gdanska od dwoch lat już nie pływa. Zostają
mi jeszcze dwie drogi. Dycyduje się na tranzyt przez Estonie, Łotwę i Litwę.
Wize zdobyłem bardzo szybko i łatwo. Czwartego dnia siedziałem już na
promie do Talina.
|
|
 |
|
 |
|
Jazda przez te trzy
baltyckie kraje przebiega bez dużych problemow i bez dramatycznych wydarzeń.
Okolice są dla mnie ciekawe, bo jestem tutaj dopiero po raz pierwszy. Poznaję
dużo miłych i ciekawych ludzi. Moja osoba budzi wielkie zainteresowanie
tubylczej ludności. Do Wilna jeszcze 44 km.
|
|
|
Ostatnie 130 km od Łotewskiej
granicy jadę atostradą. O bezpieczniejszą drogę trudno. Wilno robi na mnie
wielkie wrażenie. Zaraz po wjeździe do miasta budzę zainteresowanie dwóch
dziennikarzy. Zdjęcia, interview. Za dwa dni ukazuje się w gazecie "Lietuva
Rytas" moje zdjęcie z krótkim reportażem.
|
|
|
|
W piątek 15 listopada
powrociłem szczęśliwie do Warszawy. To była ulga, lecz z drugiej strony
poczułem zew nowych przygód. Podsumowałem całe to przedsiewzięcie. Jechałem
przez siedem państw. Komputerek rowerowy zatrzymał się na 7087 km. W Szwecji
miałem najpiekniejszą pogodę, w Norwegii najpiękniejsze krajobrazy, w Finlandii
spotkałem najwspanialszych ludzi ( bardzo polecam urlop w tym bagnistym
kraju - Suomi ), a w tych trzech nadbaltyckich krajach - zobaczyłem
najuboższych ludzi. A co mi na tym polskim etapie najbardziej utkwiło w
pamięci ?
Tak szczerze : niestety
najgorsze i najbardziej niebezpieczne drogi !
Lucjan |
 |