![]() |
| Totalny
"spontan", czyli KARNAWAŁ w Maastricht
Karnawał w Maastricht - przeżycie jedyne w swoim rodzaju ... zaraz opowiem Wam dlaczego. ![]() Wiecie, jak się bawi Nadrenia Północna Westfalia w tzw. Rosen Montag. Streszczając w kilku słowach, to zorganizowane szaleństwo i maskarada połączone z przekształcaniem nawierzchni drogowej i chodnikowej w słodki lep. Nieźle myślałem sobie, dopóki nie teleportowałem się, dzięki grupce aacheńskich przyjaciół za zachodnią granicę w celu obejrzenia, jak się bawią na małym cypelku Holandii, znajdującym się na tej samej szerokości geograficznej co Aachen. Mówiąc oględnie "gały mi wyszły..." i dopiero wtedy zobaczyłem co to znaczy prawdziwa zabawa. Słowo teleportacja byłoby tu faktycznie na miejscu, bo jak zrobić, żeby równocześnie znajdować się w dwóch różnych miejscach i uczestniczyć w karnawałowo-ostatkowych zabawach. A jednak się da. Wyobraźcie sobie Drodzy Czytacze, że ludziki z "Wiatraklandu" wymyślili sobie, że u nich impreza będzie o jeden dzień wcześniej niż u ludzików w "Volkswagenlandzie". No i super. Zobaczcie, plan jest prosty: niedziela hulamy w Maastricht, poniedziałek poprawiamy w Aachen (dziwnym trafem obydwie imprezownie mają po dwa "a" w nazwie). No,
ale do rzeczy. Skąd się bierze ten opad szczeny przy zetknięciu się z karnawałem
w wydaniu holenderskim. Powiem tak, jak napisałem w tytule "TOTALNY
SPONTAN". Słowo daję, pogoda w Maastricht była jak to niektórzy mówią niewyjściowa,
a mimo to całe miasto było prawdziwie słoneczne i mieniło się wszystkimi
kolorami tęczy. Trudno to przedstawić w skondensowany sposób, a trylogia
na ten temat nie jest konieczna, wiec wybiorę tylko kilka wątków.
Muszę Wam powiedzieć, że tubylcy są niesamowicie wyluzowanym narodem. Stąd się chyba bierze charakter tej imprezy. Trudno już mówić tu o jakimś super ordnungu. Po prostu zabawa żyje własnym życiem. Szliśmy do centrum tego wydarzenia wąskimi, pięknymi uliczkami spotykając pojedynczych przebierańców. Przyglądaliśmy się im bacznie i z niedowierzaniem kręciliśmy głowami. Kiedy znaleźliśmy się w środku całej maskarady, byliśmy już całkiem oderwani od rzeczywistości i to nie za sprawą spożywanego alkoholu, bo jego jakoś brakowało nam w krwiobiegu, ale za sprawą bajecznie kolorowych i fantazyjnych rekwizytów w jakie byli odziani uczestnicy karnawałowej kawalkady. Ta przetaczała się w spokojnym tempie przez rynek i jego przyległości i cieszyła wzrok każdego z widzów. Tumany kurzu wzbudzali wikingowie, tudzież inne armie. Pojawiali się królowie, książęta i przeróżna arystokracja. Tu i ówdzie fruwały jakieś insekty o wymiarach dorosłego człowieka. I słuchajcie, te wszystkie stroje i przebrania były tak niesamowite jakby były żywcem wzięte z realizacji jakiegoś filmu kostiumowego. Wydawało mi się nawet w pewnym momencie, że wpadła na mnie sama Kleopatra czekająca zapewne na jakiegoś faraona. Przy okazji zaobserwowałem, że spontaniczność Holendrów jest rodzinna. Przebierają się wszyscy dziadkowie, rodzice i dzieci. Wygląda to niesamowicie gdy np. przelatuje koło ciebie mały rójek pszczół: tata pszczółek, mama pszczółka i dwie pszczółki-latorośle, a może to były osy, czy motylki .... ? Nie jest to istotne. Zabawa jest na całego i co ciekawe wciąga. Ja nastawiłem się na typowe oglądactwo i ewentualne pstrykanie fotek, a już po chwili odprowadzania wzrokiem kolejnego zjawiska sam znalazłem się w korowodzie. No i ciekaw byłem gdzie nas ten korowód doprowadzi. Słuchajcie. Nie tylko ulica szaleje. Bawić się można wszędzie. Naturalnie skwery, placyki, mosty, alejki, ale też wszystkie knajpki i inne lokale, gdzie może grać muzyka i lać się Heineken czy inny Amstel. W ten oto sposób doszliśmy do niezwykłego jak dla nas Polaków miejsca zabaw. Otóż wyobraŹcie sobie Panie i Panowie, że wchodzicie do budynku KOŚCIOŁA
i zamiast ołtarza znajdujecie konsole didżeja, a tam gdzie zwykle jest
nawa boczna i podłużne ławki stoi lada, a za nią barman gotów polać cokolwiek.
Posadzka nadaje się oczywiście do wszelkiego rodzaju podrygów. Wiem, co
myślicie. Szok. My też staliśmy chwilkę nieco zgorszeni tym widokiem i
nie mogło nam się w głowie pomieścić, że budynek kiedyś sakralny
może pełnić z goła inną funkcję. W nastroju niezwykle refleksyjnym i bez
słowa wyszliśmy na zewnątrz, by dołączyć do naturalnej spontaniczności
Holendrów.
Niestety nie uczestniczyliśmy w tej zabawie do końca, a z tego co udało nam się zobaczyć wyglądało, że najlepsze dopiero ma nastąpić. Pewnie do późnych godzin nocnych tłumy kotłowały się w zamkniętych lokalach bawiąc się do upadłego. Zastanawiam się, czy to, że "Holandia tulipanami stoi" ma jakiś wpływ na jej mieszkańców, którzy jako żywo mają w sobie coś z dzieci kwiatów. Wracaliśmy więc do Aachen dość wcześnie, bo przecież trzeba było zebrać siły na akwizgrański festiwal dnia następnego. Idąc w stronę samochodu stwierdziłem, że Karnawał w Maastricht cechuje jeszcze jeden pozytyw. Po imprezie ulica nie ma tendencji do silnego integrowania się z podeszwami obuwia, co znacznie przyśpiesza marsz i powoduje, że nie martwimy się na drugi dzień jak odkleić obuwie z podłogi w przedpokoju. Coż, nie pozostaje mi nic innego jak tylko namawiać Was do znalezienia jakiejś diabelskiej machiny do podróżowania w przestrzeni i przeniesienia się przy jej pomocy do Maastricht kiedyś w niedzielę poprzedzającą Środę Popielcową, aby odprawić razem z Holendrami totalnego "spontana" no i oczywiście posmakować tamtejszego piwka. Pozdrawiający
Zapraszamy również do działu
Fotoreportaże
na relację:
|
|