| Piekło w raju | |
Ania Tokarska z podopolskiego
Suchego Boru przeżyła atak Tsunami w Tajlandii. Miała ogromne szczęście,
że jej wyspę żywioł obszedł stosunkowo
łagodnie.
22-letnia Ania jest znaną na świecie modelką. Kilka lat temu wygrała prestiżowy konkurs "Elite Modell Look", pojawia się na okładkach najważniejszych magazynów o modzie, występuje m.in. w niemieckiej reklamie czekoladek "Merci". Robi karierę na zachodzie, a obecnie pracuje w Paryżu. Znamy się od lat. O tym, że Ania spędza Święta Bożego Narodzenia w dalekiej Tajlandii dowiedziałem się od jej brata, Grzegorza Tokarskiego. - Poleciała bodajże na Krabi, tam gdzie ty byłeś przed rokiem. Dzwoniła.Jest ponoć wspaniale. Opala się i nurkuje - mówił z zachwytem w głosie jej brat Grzegorz w wigilijny wieczór, tuż po Pasterce.Do Tajlandii wybrała się z grupą przyjaciół przed samym Świętami, dokładnie 18 grudnia, prosto z Paryża. W pierwszy dzień Świąt Ania przesyła rodzicom z Tajlandii SMS-a: "Tu jest jak w raju. Byliśmy na statku cały dzień. Jutro tak samo nurkujemy..." Drugi dzień Świąt, godzina 11.00. - Właśnie wróciliśmy z kościoła do domu, żona włączyła telewizor - wspomina Jerzy Tokarski, ojciec Anii. Żona nagle zaniemówiła i zaczęła płakać. Myślałem, że zasłabnie. "W Tajlandii zaginęła ponad stuosobowa grupa nurków" - to właśnie ta wiadomość na pasku informacji w TVN 24 i kolejne doniesienia o skutkach fal tsunami wstrząsnęły Danutą Tokarską. Rodzice Ani próbowali dodzwonić się do córki, jednak łączność telefoniczna w Tajlandii była zerwana. Mijają kolejne godziny i nagle odzywa się komórka. - Kochani, tu było piekło, ale żyję! - krzyczy Ania. Jest sześć godzin po kataklizmie. - Ten telefon od córki był dla mnie najszczęśliwszą chwilą w życiu - przyznaje Danuta Tokarska.Dzień po trzęsieniu ziemi w Azji udało mi się osobiście skontaktować z Anią - Wiesz, miałam ogromne szczęście. Jestem obecnie na wyspie Koh Lipe, jakieś 200 kilometrów od Phuket, tuż przy granicy z Malezją. Dzięki Bogu wszystko się dla mnie dobrze skończyło - mówiła. Tak naprawdę katastrofą i piekłem było to, co zobaczyłam w relacjach telewizyjnych. Nasza wyspa była bowiem osłonięta przez inne wyspy i znajdowała się już pod koniec zasięgu tsunami. Byliśmy na morzu,
a tu fale są mniej groźne, niż gdy się rozbijają o brzeg. Była godzina
10.00 kiedy Ania z grupą nurków pływała stateczkiem, widząc brzegi wyspy
Koh Lipe, na której mieszkali. - Zauważyliśmy wysoką falę, która wpada
na plażę, a następnie odbija się - wspomina Ania. - Nie była tak gigantyczna,
jak te później pokazywane w telewizji, miała ze dwa metry wysokości. Nasz
kapitan skierował łódź jeszcze dalej od lądu. Na morzu pływaliśmy, jesteśmy
jeszcze dwie-trzy godziny. Kapitan tłumaczył, że ta fala to tsunami i może
się powtórzyć.
Po trzech godzinach wróciliśmy na ląd.Nikt z przebywających na wyspie Koh Lipe nie ucierpiał, a dzień po kataklizmie plaża wyglądała czysto, jakby nic się nie stało. Jednak część turystów bała się kolejnych wstrząsów i postanowiła przerwać wypoczynek. Do wysepki przybił statek, wypełniony po brzegi turystami, którzy zdecydowali się przerwać urlop. Ania mogłaby wsiąść na pokład, ale zrezygnowała. Pozostała w Tajlandii do 4 stycznia. Opolanka przyznaje, że miała wiele szczęścia. Gdy wyjeżdżała wraz z przyjaciółmi do Tajlandii, zaplanowali, że wczasy spędzą w mieście Krabi, znanym kurorcie. Gdy przyjechali na miejsce, przeraził ich tam tłum turystów. Zmienili więc plany i postanowili dotrzeć na małą i zaciszną wysepkę Koh Lipe. Tam było zaledwie 50 turystów. Wszyscy z nich przeżyli katastrofę. Miasto Krabi jest zaś zniszczone przez tsunami. SEBASTIAN WIECZOREK |