| Nazywam się Kloss | |
- Bardzo miło mi spotkać
się z bohaterem mojego ulubionego serialu, kapitanem Klossem. Niewiele
się Pan zmienił przez te lata.
- Ale nie ukrywam, że to już 75 lat mi stuknęło, a Stawce 40 lat. Tak, tak... w tym roku w styczniu minęło 40 lat od pierwszego spektaklu teatru telewizji. - Widzowie nie pamiętają, że najpierw był teatr, a później dopiero serial telewizyjny. - Rzeczywiście, niewiele osób może pamiętać początki nadawania Stawki większej niż życie. W latach 1965-66 realizowaliśmy teatr telewizji, a 67 i 68 rok był to czas kręcenia 18 odcinków serialu, który emitowany był już ponad 30 razy. - Zdawał Pan sobie wówczas sprawę, że będzie Pan kojarzony do końca życia z kapitanem Klossem, podobnie jak Telly Savallas z Kojackiem? - Nie wkalkulowałem konsekwencji swojego kroku. Kiedy rozpoczynaliśmy, to miało być tylko 6 spektakli teatru, od stycznia do czerwca. Jednak zainteresowanie teatrem było wielkie. I telewizja i autorzy zostali więc zmuszeni do kontynuowania losów porucznika, a później kapitana Klossa. Ja też nie miałem świadomości, że tak to się skończy. Jest to niespotykane w skali światowej, żeby serial był emitowany tyle razy w jednym kraju. Stawka była emitowana także w wielu krajach europejskich, np. w Szwecji. - Pamiętam, że kiedyś mówiono o Panu na korytarzach telewizji Uwaga nadchodzi porucznik Kloss. - To było bardzo sympatyczne. Świadczyło o popularności serialu i przyjaznym nastawieniu do mnie. - Ale nie mówiono Stanisław Mikulski - Tak. I tak jest do dnia dzisiejszego. Widzowie nie znają mojego nazwiska, mówią kapitan Kloss. Opowiem anegdotę dotyczącą tej sytuacji. W towarzystwie pewna miła pani mówi do mnie: Znam Pana wszystkie filmy. Zapytałem więc jakie. Wymieniła tylko Stawkę i nie umiała przypomnieć sobie żadnego, innego tytułu. Serial ten przyćmił wszystkie moje dokonania i widzowie nie pamiętają moich innych ról. A przecież zanim zacząłem grać Klossa miałem w dorobku ponad 20 filmów fabularnych, w tym Kanał, Ewa chce spać, Dwaj panowie N, gdzie grałem pierwszoplanowe role. Ale można to jakoś wytłumaczyć. Zawsze byłem aktorem teatralnym, grając w bardzo popularnej sztuce nie miałem takiej widowni, jak widownia telewizyjna. Efektem była wielka popularność i gdy jechałem do najmniejszej nawet dziury, gdzie był jeden telewizor, to miałem tam grupkę sympatyków, którzy straszyli mnie Brunnerem. - Panie Stanisławie, zagrał Pan swoją rolę więcej niż przekonywująco. Był Pan rzeczywiście odzwierciedleniem mitu oficera niemieckiego, dżentelmena z całą klasą. Jak się pan przygotowywal do tej roli? - Po pierwsze lubię czytać literaturę wojenną. Po drugie jestem człowiekiem przedwojennym, czyli także pamiętam prawdziwych oficerów niemieckich. Najważniejszą sprawą jest mundur, który wymaga od człowieka odpowiedniej postawy, wyprostowania się. Wiąże się to także z moimi doświadczeniami wojskowymi. Mundur niemiecki był do tego wyjątkowo dekoracyjny, więc jeżeli chciałem go dobrze nosić, musiałem mieć świadomość tego munduru. Poza tym moje wcześniejsze doświadczenia aktorskie w mundurze spowodowały opinię o mnie jako o etatowym wojskowym w polskim filmie. - Plotka głosi, że w latach 80-tych zamienił Pan mundur niemiecki na inny, że był Pan współpracownikiem pewnych służb, że pracował Pan dla ówczesnych władz, dla gen. Jaruzelskiego, a w Moskwie był Pan ambasadorem. - Na pewno nazywano mnie ambasadorem polskiej kultury. Natomiast, jeżeli chodzi o inne zarzuty to bzdura. Owszem, byłem w Moskwie, gdzie zaproponowano mi stanowisko dyrektora Ośrodka Informacji Kultury Polskiej, pracowałem tam przez dwa lata. W mundurze wystąpiłem tylko dwa razy na przełomie lat 60 i 70 na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, który prowadziłem przez 20 lat. - Co dzisiaj robi Stanisław Mikulski? - Jestem już emerytem, więc w obecnej sytuacji nie gram w teatrze. Natomiast dostałem ostatnio dwie propozycje zagrania w serialach. - Rozmawiamy w przededniu Świąt Wielkiej Nocy. Czym są dla Pana te święta? - Na każde święta wielkanocne wyjeżdżamy na wieś. Święta spędzamy w gronie rodzinnym. Zawsze staramy się zadbać o tradycyjne potrawy, o uroczystą atmosferę. Jest mazurek, różne potrawy z jajek. - A czym różnią się te święta od Bożego Narodzenia? - Przede wszystkim aurą, poza tym Boże Narodzenie jest świętem bardziej rodzinnym. Natomiast, według mnie, Lany Poniedziałek jest dziś zbyt brutalny. Trzeba bać się jadąc samochodem, że jakiś młody człowiek otworzy nam drzwi na światłach i wleje wiadro wody do środka. A to nie ma nic wspólnego ze staropolskim obyczajem. - Czego można Panu życzyć z okazji świąt? - Myślę, że najważniejsze jest zdrowie, na które zresztą nie narzekam. Jestem w dobrej kondycji. A pieniądze jak powiadają starzy Gruzini: oby było zdrowie, a resztę sobie kupimy. Na koniec, jeśli pan pozwoli pragnę serdecznie pozdrowić moich rodaków zagranicą i życzyć im miłych, spokojnych i radosnych świąt w rodzinnym gronie. ZE STANISŁAWEM MIKULSKIM ROZMAWIAŁ WIESŁAW KUTZ |