Tylko miłość się liczy

Publikacja z tygodnika FAKTY z 29.01.2005
www.fakty.de
czyli 2 wizyta reporterki "Faktów" na planie serialu "M jak miłość"
 
Zapraszam na rozmowę Kacpra Kuszewskiego - filmowego Marka.
- Czy to będzie długa rozmowa, bo spieszę się do teatru.
- Nie, chciałam się dowiedzieć czegoś o aktorze Kacprze Kuszewskim.
Kacper uśmiecha się.
- Jedną z moich słabości, do której muszę się przyznać, jest palenie. Po za tym gubi mnie pośpiech, właszcza w Warszawie, gdzie pędzę z pracy do pracy i jest duże tempo życia. Zapominam o tym, żeby mieć czas dla siebie, zatrzymać się, odpocząć i zajrzeć w głąb siebie. To powoduje stres: człowiek wpada w kołowrót, nagle staje się nerwowy i trochę niesympatyczny. Ale mam na to sposób, staram się słuchać dużo muzyki, głównie poważnej. Ona choć na chwilę pozwala mi wejść w zupełnie inny, oderwany od rzeczywistości świat.
- W serialu Marek świata nie widzi poza swoją żoną. Czy Panu prywatnie też spodobałaby się taka właśnie kobieta?
- Hanka, to nie wiem, ale na pewno Małgosia Kożuchowska, która ją gra, bo to bardzo interesująca dziewczyna. Łączy urodę i taką "zdrową pewność siebie" - poczucie własnej wartości, z wrażliwością, kobiecością i ogromnym poczuciem humoru. A tego właśnie oczekuję od kobiety.
- Czy jest Pan romantykiem? 
- Chyba nie, bo patrzę na świat raczej sceptycznie i z dystansem, ale jestem sentymentalny, i wszystko co ma związek z przemijaniem wpędza mnie w nostalgię.
- Rola Marka sprawiła, że jest Pan popularny i lubiany wśród miłośników serialu. 
Czy lubi Pan tę popularność?
- Zdziwi się Pani, ale nie za bardzo, czuje się nieswojo kiedy zaczepiają mnie ludzie i zadają pytania. Teraz też czuję się nieswojo, ale cóż przepraszam, ale woła mnie reżyser. Może porozmawiamy następnym razem... Póki co życzę wszystkim czytelnikom Faktów wszystkiego dobrego i obyśmy się spotkali w niezmienionym składzie.
Pan Kacper Kuszewski szybko wybiega, ponieważ czeka na niego samochód odwożący go do teatru. W kawiarni San Lorentzo spotykam się jeszcze ze Steffen`em Möller’em. Steffan siedzi przy stoliku, obok niego spiętrzone siatki pełne zakupów. 
- Był Pan na zakupach?
- Tak bardzo lubię kupować w waszych sklepach. Wszyscy są tacy mili i uprzejmi, każdy mi doradza co mam kupić, naprawdę po takich zakupach czuję się świetnie. 
- Jak zaczęła się Pańska przygoda w "M jak Miłość"?
- To wszystko przez mój kabaret. Na jedno z przedstawień przyszła pani Ilona Łepkowska, zauważyła mnie i zaprosiła na próbne zdjęcia, a potem zaproponowano mi rolę niemieckiego rolnika.
- Panie Stefanie, dlaczego wybrał Pan na swoją drugą ojczyznę Polskę. 
- Najpierw chciałem mieszkać we Włoszech. Wyjechałem tam pod koniec studiów, ale wytrzymałem tylko parę tygodni. Okazało się, że Włosi są zbyt ekstrawertyczni i wylewni, jak na biednego Niemca. Wracając do Niemiec, byłem trochę przygnębiony, myślałem, że do końca swoich dni będę skazany na ojczysty język i nagle na Uniwersytecie w Berlinie, gdzie studiowałem filozofię i teologię protestancką, zobaczyłem egzotyczny - przynajmniej dla mnie plakat - Kurs Języka Polskiego w Krakowie - dwa tygodnie - 600 marek. Co tu dużo gadać, ten plakat mnie zabił. Postanowiłem, że wyruszę do Krakowa i chociaż koledzy stukali się mocno w czoło postanowiłem, że pojadę do nowego kraju i sprawdzę na miejscu jaka tam jest mentalność. Na przykład, czy przez dwa tygodnie będę mógł otworzyć usta... i okazało się, że charakter Polaków plasuje się gdzieś pomiędzy włoskim i niemieckim. Za dnia Polacy są takimi samymi ponurakami jak my, a wieczorem po dwudziestej na imprezach otwierają się i zaczynają tańczyć, pić, śpiewać - zupełnie jak Włosi! 
- Mówi Pan świetnie po polsku. 
Pani mi nie uwierzy, ile mi zajęło czasu to, żeby płynnie wyrazić to, o czym myślę, około dwóch lat. Byłem na dwóch kursach językowych w Krakowie i na jednym w Warszawie. Poza tym jestem typowym samoukiem, ale po tym jak nauczyłem się polskiego, uważam, że żaden język na świecie nie będzie mi stawiał większego oporu! Mam po tych doświadczeniach taką wiarę w swoje siły, że nie bałbym się zabrać nawet do nauki chińskiego. - Jak długo jest Pan już w Polsce?- Chyba dziesięć lat. Przez te dziesięć lat pracowałem jako nauczyciel języka niemieckiego, najpierw w Warszawskim Liceum im. Królowej Jadwigi, później we wszystkich prywatnych biznes szkołach i na Uniwersytecie Warszawskim.
Od 2002 roku zrezygnowałem z pracy w szkołach i na uniwersytecie, ponieważ występuję już tylko jako kabareciarz i jako aktor. Na moje zamiłowanie 
lingwinistyczne nie mam już czasu.- Jak Pańska rodzina i znajomi zareagowali na pańską decyzję?- Na początku może byli trochę zszokowani, stukali się w czoło, ale teraz rodzina się z tym pogodziła. Moja decyzja wzbudziła zaciekawienie u znajomych, bo okazuje się, że naturę to mam taką prawie polską. Wieczny buntownik, łatwo więc wywnioskować, dlaczego jestem w Polsce. Najlepszy numer był jak im powiedziałem, że może pojadę na Syberię, no bo jak będzie tak samo w Polsce jak w Niemczech, no to pojadę poszukać czegoś nowego na Syberię. Ale na razie jestem na planie filmowym.

IRENA KOBIERZEWSKA
Za tydzień kolejne spotkanie z bohaterami serialu