Kobieta ma być ciepła i miękka

Publikacja z tygodnika FAKTY z 23.04.2005
www.fakty.de
Z Ewą Minge rozmawia Wiesław Kutz
 
- Pani Ewo ukończyła Pani Akademię Sztuk Pięknych?
- Nie, nie skończyłam żadnej uczelni artystycznej. Mam za sobą jedynie 3,5 roku kulturoznawstwa na Uniwersytecie Poznańskim. Kiedyś bardzo chciałam iść na ASP, ale ponieważ mam mamę plastyka i ojca, który poświęcił życie kulturze, m.in. tworzył galerie, był organizatorem bardzo znanego w Polsce konkursu malarskiego "Cztery pory roku", zabronili mi "zadawać się" z tym środowiskiem. Uważali, że jakikolwiek zawód artysytyczny jest mało przyszłościowy i mało poważny oraz mało dochodowy. Kiedyś pożaliłam się krytykowi mody w Polsce, Jagodzie Komorowskiej, aktualnie mojej przyjaciółce, a wówczas dla mnie guru mody, która mi powiedziała: "Dziecko, bardzo dobrze, że nie zostałaś w Akademii Sztuk Pięknych czyjąś uczennicą, masz talent od Boga i kształtuj go sama". I tak kształtuję go sama metodą prób i błędów. 
- I mając ten talent w 1991 roku założyła Pani własną firmę.
- Tak, było to porwanie się z motyką na słońce, bo nie miałam pojęcia o prowadzeniu firmy, ale wiedziałam, czego chcę, widziałam cel.. Ja jestem osobą niezwykle upartą, mam taki męski charakter i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych do zrobienia. I nie mając nic, poza niewykończonym domem na wsi, który zresztą nie był mój, tylko mojego ówczesnego męża, w piwnicach tego domu, odmalowanych, żeby moim pracownikom dobrze się pracowało, zatrudniłam trzy osoby, które szyły, a ja malowałam na tym ręcznie.
- I to się sprzedawało?
- Tak, miałam coraz większy zbyt. Zgodnie z moją zasadą, małą łyżeczką do syta. Zatrudniałam coraz więcej osób. Jak już ich było dużo i nie mieścili się w piwnicy i na parterze domu, musiałam wynająć pomieszczenia od gminy Pszczew, bardzo mi przyjaznej. Przyjechałam tam jako osoba dorosła, przysłowiowo za mężem i bardzo mi się spodobało to miejsce i ludzie, którzy tworzą specyficzną mieszankę niemieckiej solidności i polskiej fantazji. Władze gminy, a przede wszystkim ówczesny wójt Bogdan Tyburski, dał mi za niewielkie pieniądze pomieszczenia na rozwój. Z czasem mogłam zainwestować w ziemię i wybudować własne pomieszczenia. Dziś zatrudniam około stu pracowników.
- W 1998 roku rozpoczęła Pani ekspansję na rynki zachodnie.
- W tym roku miały miejsce pokazy w Düsseldorfie. Brałam udział w Targach Mody. Wspominam to wydarzenie z mieszanymi uczuciami, chociaż odnieśliśmy
duży sukces. Stoisko mojej firmy było położone w miejscu mało dostępnym, w ciemnym kącie. Było duże, drogie, ale nieefektowne. Po pierwszym dniu postanowiłam je zmienić. Pojechaliśmy do Castoramy, kupiliśmy parę dziwnych rzeczy i przez całą noc wszyscy ludzie z mojej ekipy, nawet kierowcy, przerabiali je. Rano okazało się, że zrobiliśmy furorę. Wszystkim spodobało się to, co pokazałam i zostałam w ten sposób zauważona. Efekt - w następnym roku zostaliśmy zaproszeni do pokazania się w alei kreatorów firm wiodących, kreujących tendencje. W ten sposób zyskaliśmy wielu nowych klientów na rynkach zachodnich.
- W 2002 roku zaczęła Pani budować sieć swoich sklepów.
- Nie do końca zbudowałam sieć sklepów, ale najważniejsza jest dla mnie sieć moich wiernych klientów, którzy budują sieć sklepów. Ja doszłam do wniosku, że powinnam się zająć projektowaniem, produkowaniem dobrej, wysokogatunkowej nie wadliwej odzieży, a także rozszerzaniem kolekcji, produkcji i rynków zbytu. Natomiast są ludzie, którzy zajmują się handlem. Otoczyłam się klientami, z którymi współpracuję od wielu lat i oni tę sieć razem ze mną budują. Mam też swoje własne, dwa sklepy wzorcowe w Warszawie, a także w wielu większych miastach Polski - we Wrocławiu, Szczecinie, Katowicach, Gdańsku.
- Wiem, że ubiera Pani klientów od Stanów Zjednoczonych po Emiraty Arabskie.
- Tak, mam swój salon w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, Emiratach Arabskich, Włoszech, w Czechach, na Słowacji oraz krajach byłego Związku Radzieckiego np. na Ukrainie. Aktualnie przymierzamy się do Hiszpani.
- Podobno jeden z arabskich klientów powiedział Pani, że patrzy Pani na kobietę oczami mężczyzny.
- Tak, to prawda. I to jest coś co mi się strasznie spodobało, ponieważ zawsze poszukiwałam określenia do tego, jak ja widzę kobietę. Staram się projektować ubiory, w których kobieta nie traci nic ze swojej kobiecości, nawet, jeśli jest to garnitur, obszerne spodnie czy zwykły t-shirt. Kobieta ma być kobieca. Kobieta ma być ciepła i miękka. Bez względu na sylwetkę. I nieważne, czy jest puszysta, czy nie. Zresztą, większość panów, prawie 99 procent w późniejszym wieku woli pełniejsze kształty
u kobiet niż tzw. kobiety wysuszone.
- Ale Pani projektuje modę dla tych wysuszonych.
- Nieprawda, moje rozmiary są w szerokiej gamie wielkości od 34 do 48.
- W 2003 roku odbył się pokaz mody z Pani udziałem na Hiszpańskich Schodach w Rzymie.
- To trochę jak u "Alicji z krainy czarów", wydawało mi się to wszystko niezwykle nierealne. Ja bardzo ciężko pracuję i nadal twierdzę, że jeszcze nie odniosłam sukcesu. Sukces jest jeszcze przede mną.
- Ale jest Pani pierwszą Polką, która mogła pokazać swoją kolekcję w tak prestiżowym miejscu.
- Może dlatego, że ja zawsze w życiu szłam swoją drogą. Nigdy nie jeździłam do Mediolanu, żeby oglądać cudze pokazy, żeby kopiować cudze kreacje. Więc kiedy dostałam pierwsze zaproszenie, później drugie, trzecie, zadałam pytanie prezydentowi Alta Romy Steffano Dominella - to taki guru mody - dlaczego właśnie ja, powiedział mi: "Ewa, bo ty jesteś sobą, masz swój styl i nikogo nie kopiujesz, ty jesteś rozpoznawalna". Sprawiło mi to wiele przyjemności. Zdaję sobie sprawę, że mam zaciekłych wrogów, ale i oddanych przyjaciół. I to świadczy o tym, że jestem jakaś, że jest to inna moda, moja. Bo nie jest tak, że moje projekty muszą się podobać wszystkim.
- I wystąpiła Pani wśród największych świata mody. 
- Czułam się tragicznie, gdyż nie zauważyłam wyjścia swojej kolekcji. Moja kolekcja miała - zgodnie z ułożeniem pokazu po próbach - być prezentowana jako siódma. Kiedy okazało się, że nie jestem siódma, dziesiąta, pomyślałam, że nie będzie w ogóle pokazana. A impreza zbliżała się do końca. Ostatnia miała być kolekcja specjalna, zupełnie wyjątkowa. Mówiło się, że to będzie kolekcja Dolce & Gabany. Nie przypuszczałam nawet, że w ostatniej chwili nastąpiła zmiana i to moja kolekcja będzie pokazana jako ta wyjątkowa, na końcu. Więc, kiedy spikierka źle przeczytała moje imię - bodaj Iła - a nazwiska nie usłyszałam, z nerwów zaczęłam płakać, ponieważ ciągle sądziłam, że nie będzie mojej kolekcji. Dopiero w połowie pokazu zauważyłam, że modele na scenie to moje kreacje. Przeżywałam to wiele razy.
- W 2004 roku, pokaz Alta Roma. Wówczas prasa włoska pisała mniej o Pani projektach, a więcej o tym, że Ewa Minge zostanie prawdopodobnie żoną premiera Włoch.
- Premier Silvio Berlusconi jest typowym południowcem i komplementowanie obcej projektantki nie jest niczym nagannym. Zresztą jego cały urok osobisty polega na wpadkach i gagach, które mu się zdarzają, a z których nic sobie nie robi. Za kulisami mówiono, że premier chce się rozwieść ze swoją żoną i poszukiwano powodu tej decyzji. Ponieważ pojawił się na Tygodniu Mody, zaprosił czołówkę projektantów włoskich i mnie do swojego pałacu. 
- Na zdjęciu, które mam przed sobą, widać zapatrzonego w panią Berlusconiego, a prasa włoska cytowała słowa premiera: "Daj mi swój numer telefonu, bo jak się rozwiodę, to zadzwonię do ciebie".
- Rzeczywiście premier wykazał zainteresowanie, jak to zwykle bywa u Berlusconiego, kobietami. Poprzedniego dnia premier był obecny na pokazie Miss Italii i w zdawkowy sposób pogratulował najpiękniejszej. Natomiast zauważono, że mnie. w jakiś sposób potraktował cieplej. Premier jednakże pogratulował mi wizerunku Pani Prezydentowej Polski. W Polsce wszyscy wiedzą, że Pani Prezydentowa - Jolanta Kwaśniewska - ubiera się także u mnie. 
- A czy premier Berlusconi podoba się Pani, bo wiem, że lubi Pani mężczyzn twardych?
- Premier zaskoczył mnie gratulując mi wizerunku Pani Prezydentowej, ale zszokował mnie gratulując mi sukienki córki polskiej Pary Prezydenckiej Oli na Balu Debiutantek w Paryżu. I to było dla mnie najistotniejsze. A to, że później zapytał mnie, czy wszystkie Polki są tak piękne i poprosił o mój numer telefonu, nie ma tak wielkiego znaczenia. Jednak numeru telefonu nie dostał, gdyż stwierdziłam, że jeśli się bardzo uprze, to dla premiera Włoch zdobycie jakiegokolwiek numeru telefonu nie jest problemem. A mi nie przystoi go dawać.
- Prasa włoska nazwała Panią "najpiękniejszą Polską Włoszką". Jak się Pani z tym czuje?
- Czuję się z tym bardzo sympatycznie. Faktycznie, gdziekolwiek się pojawię na świecie pytają, czy nie jestem Włoszką. We Włoszech mówią do mnie bardzo szybko, po włosku, bo myślą, że ich rozumiem. 
- Jak wykorzystuje Pani swój sukces?
- Niestety, mój sukces, który był bardzo widoczny we Włoszech, bo było mnie dużo i w prasie i w telewizji, nie został wykorzystany przez polskie firmy. Niektórzy dziennikarze porównywali mój sukces do skoków Małysza, sukcesu, który może zachęcić inne polskie firmy do podboju w kierunku na zachód. Tym bardziej to bolesne, że pomimo, iż występowałam o odpowiednie fundusze na pokazy w Rzymie nie otrzymałam ze strony polskich władz żadnego wsparcia finansowego. Sama je musiałam finansować. Pani Danuta Hübner, wówczas minister w polskim rządzie, dziś komisarz UE, powiedziała, że mamy produkt, który możemy wykorzystać do promowania Polski za granicą. Niestety, mój sukces rozmieniono na drobne. Wygrało polskie piekiełko zawiści - bo czemuż to ona - i było po bólu.
- Ale widzę, że nie przewróciło się Pani w głowie.
- Ja żyję według rosyjskiej zasady: im ciszej będziesz, tym dalej zajedziesz. Staram się nie nagłaśniać tego co robię. Aż do momentu osiągnięcia swojego celu.
- Czy każda kobieta, bez względu na urodę czy sylwetkę może być modnie ubrana?
- Oczywiście, że tak. Wie pan, ja teraz co środę udzielam się w Telewizji Polskiej, służę radami kobietom. I pamiętam taką historię - zadzwonił do mnie pewien pan, który powiedział mi, że ma żonę, którą kocha i której nie zamieniłby na żadną inną, nawet młodszą, ale chciałby, by ona zaczęła o siebie dbać, nie chodziła ciągle w kapciach i z lokówkami we włosach. Wniosek - niekiedy nie potrzeba dużych pieniędzy, żeby o siebie zadbać. I jeżeli nawet kobieta ma tuszę, z którą dobrze się czuje, to można ją modnie ubrać, żeby wyglądała kobieco i apetycznie. Należy pamiętać, że nie szata zdobi człowieka, tylko samopoczucie i miłość , która otacza kobietę.