| Piłka nożna... to moja miłość | |
| Z doktorem Józefem Kurzeją, byłym zawodnikiem Górnika Zabrze, rozmawia Matylda Mazza |
- Panie Józefie jakie
byly początki Pana kariery?
- Urodziłem się w małym miasteczku na Opolszczyźnie w Paczkowie. W piłkę grałem już od najmłodszych lat na okolicznych podwórkach. W 1961 roku rozpoczęła się moja prawdziwa przygoda piłkarska. Miałem wtedy 13 lat. Przez 4 lata grałem w juniorach. Jako 17-letni chłopiec szybko znalazłem się w pierwszoligowym klubie Odrze Opole. - Pomimo dobrze zapowiadającej się kariery piłkarskiej postanowił Pan podjąć studia? - Już po maturze zamierzałem studiować. Nie chciałem być zależny wyłącznie od piłki nożnej. Najpierw znalazłem się w Wyższej Szkole Pedagogicznej, a później moje zainteresowania się zmieniły. Wybrałem medycynę i od 1968 zacząłem studiować w Poznaniu. - Jednak nie przerwał Pan gry w piłkę?! - Nie. W Poznaniu grałem w Olimpii Poznań, a po przeprowadzce do Wrocławia, dwa lata grałem w Śląsku Wrocław. W 1973 roku awansowaliśmy nawet do pierwszej ligi. - Jak znalazł się Pan w Górniku Zabrze? - Tak się może "pechowo" złożyło, że w okresie największych triumfów Śląska Wrocław, dostałem propozycję z Górnika Zabrze. Wówczas, w latach siedemdziesiętych, jeżeli ktoś z piłkarzy dostał ofertę z tego klubu, z marszu tam po prostu szedł. I ja oczywiście, nie zastanawiając się długo, opuściłem Wrocław i przeniosłem się do Śląskiej Akademii Medycznej do Katowic. Od 1973 roku, przez 6 lat, grałem w Górniku Zabrze. Na jakiej pozycji Pan grał? - Zaczynałem jako lewoskrzydłowy. W tym czasie mówiono, że bramkarz i lewoskrzydłowy, to postrzeleńcy. Cieszyłem się, kiedy jeden z trenerów zauważył moją niezwykłą motorykę, kondycję i wytrzymałość. Bardzo dużo biegałem i dlatego stosunkowo szybko uzyskałem moją pozycję w pomocy jako lewy pomocnik, ponieważ jestem lewonożny. - Jaka była przyczyna, że wyjechał Pan z kraju? - Za namową znajomych, którzy wcześniej opuścili Polskę. Posłuchałem też Włodzimierza Lubańskiego - mojego przyjaciela. Wtedy nie miało się własnych menedżerów. Trzeba było samemu szukać klubów. W 1979 roku udało mi się otrzymać kontrakt w Austrii. Wyjechałem, myśląc, że zostanę rok lub dwa, nauczę się języka niemieckiego, potem wrócę do Polski i podejmę pracę jako lekarz. Potem wybuchł stan wojenny i nie mogłem wrócić. W Niemczech znalazłem się z powodów rodzinnych. Pracuję obecnie jako lekarz w Hagen. - Co dzisiaj jeszcze łączy Pana z piłką nożną? Do końca życia będzie to moja ulubiona dyscyplina.W Hagen powstała polska drużyna Polonia. Zdecydowałem się ponownie zaangażować. Trzeba się jednak przestawić z zawodostwa na amatorstwo. Ale możliwość podzielenia się doświadczeniami z młodymi ludźmi kochającymi piłkę nożną, sprawia mi dużo satysfakcji. - Jest Pan też prezesem Związku Polskich Klubów Sportowych w Niemczech. W zeszłym roku odbył się Turniej Piłkarski Drużyn Polnijnych, tam w elicie Górnika Zabrze zagrał Andrzej Szarmach. To on właśnie zaproponował organizatorowi turnieju - Grzegorzowi Przytulskiemu, założenie związku. Doszliśmy do wniosku, że to wspaniały pomysł. Nie chcielibyśmy, aby zeszłoroczny turniej był tylko jednorazowym widowiskiem. Zamierzamy zorganizować kolejny turniej w tym roku. Wszystkich miłośników piłki nożnej serdecznie zapraszam! |