Piłka nożna... to moja miłość

Publikacja z tygodnika FAKTY z 29.01.2005
www.fakty.de
Z doktorem Józefem Kurzeją, byłym zawodnikiem Górnika Zabrze, rozmawia Matylda Mazza
 
- Panie Józefie jakie byly początki Pana kariery?
- Urodziłem się w małym miasteczku na Opolszczyźnie w Paczkowie. W piłkę grałem już od najmłodszych lat na okolicznych podwórkach. W 1961 roku rozpoczęła się moja prawdziwa przygoda piłkarska. Miałem wtedy 13 lat. Przez 4 lata grałem w juniorach. Jako 17-letni chłopiec szybko znalazłem się w pierwszoligowym klubie Odrze Opole.
- Pomimo dobrze zapowiadającej się kariery piłkarskiej postanowił Pan podjąć studia?
- Już po maturze zamierzałem studiować. Nie chciałem być zależny wyłącznie od piłki nożnej. Najpierw znalazłem się w Wyższej Szkole Pedagogicznej, a później moje zainteresowania się zmieniły. Wybrałem medycynę i od 1968 zacząłem studiować w Poznaniu.
- Jednak nie przerwał Pan gry w piłkę?!
- Nie. W Poznaniu grałem w Olimpii Poznań, a po przeprowadzce do Wrocławia, dwa lata grałem w Śląsku Wrocław. W 1973 roku awansowaliśmy nawet do pierwszej ligi.
- Jak znalazł się Pan w Górniku Zabrze?
- Tak się może "pechowo" złożyło, że w okresie największych triumfów Śląska Wrocław, dostałem propozycję z Górnika Zabrze. Wówczas, w latach siedemdziesiętych, jeżeli ktoś z piłkarzy dostał ofertę z tego klubu, z marszu tam po prostu szedł. I ja oczywiście, nie zastanawiając się długo, opuściłem Wrocław i przeniosłem się do Śląskiej Akademii Medycznej do Katowic. Od 1973 roku, przez 6 lat, grałem w Górniku Zabrze.
Na jakiej pozycji Pan grał?
- Zaczynałem jako lewoskrzydłowy. W tym czasie mówiono, że bramkarz i lewoskrzydłowy, to postrzeleńcy. Cieszyłem się, kiedy jeden z trenerów zauważył moją niezwykłą motorykę, kondycję i wytrzymałość. Bardzo dużo biegałem i dlatego stosunkowo szybko uzyskałem moją pozycję w pomocy jako lewy pomocnik, ponieważ jestem lewonożny.
- Jaka była przyczyna, że wyjechał Pan z kraju?
- Za namową znajomych, którzy wcześniej opuścili Polskę. Posłuchałem też Włodzimierza Lubańskiego - mojego przyjaciela. Wtedy nie miało się własnych
menedżerów. Trzeba było samemu szukać klubów. W 1979 roku udało mi się otrzymać kontrakt w Austrii. Wyjechałem, myśląc, że zostanę rok lub dwa, nauczę się języka niemieckiego, potem wrócę do Polski i podejmę pracę jako lekarz. Potem wybuchł stan wojenny i nie mogłem wrócić. W Niemczech znalazłem się z powodów rodzinnych. Pracuję obecnie jako lekarz w Hagen.
- Co dzisiaj jeszcze łączy Pana z piłką nożną?
Do końca życia będzie to moja ulubiona dyscyplina.W Hagen powstała polska drużyna „Polonia”. Zdecydowałem się ponownie zaangażować. Trzeba się jednak przestawić z zawodostwa na amatorstwo. Ale możliwość podzielenia się doświadczeniami z młodymi ludźmi kochającymi piłkę nożną, sprawia mi dużo satysfakcji.
- Jest Pan też prezesem Związku Polskich Klubów Sportowych w Niemczech.
W zeszłym roku odbył się Turniej Piłkarski Drużyn Polnijnych, tam w elicie Górnika Zabrze zagrał Andrzej Szarmach. To on właśnie zaproponował organizatorowi turnieju - Grzegorzowi Przytulskiemu, założenie związku. Doszliśmy do wniosku, że to wspaniały pomysł. Nie chcielibyśmy, aby zeszłoroczny turniej był tylko jednorazowym widowiskiem. Zamierzamy zorganizować kolejny turniej w tym roku. Wszystkich miłośników piłki nożnej serdecznie zapraszam!