| Polski
tójkąt
Między
Aachen, Liege i Maastricht
|
| Wybrałem się w rejon nadgranicznego
Aachen. Nikogo tu nie dziwią i nie denerwują dwu- czy nawet trójjęzyczne
drogowskazy. I tak z resztą każdy wie, że belgijskie Liege, to po flamandzku
Luik, a Lüttich po niemiecku. Znany Polakom Akwizgran, niemieckie Aachen,
po holenderskiej stronie znane jest jako Aken.
Już te drobne przykłady świadczą o przenikaniu się na tych terenach wpływów niemieckich, francuskich i niderlandzkich. I w tym rejonie zaczęło działać pierwsze ponadregionalne stowarzyszenie polonijne. Ulica - granicą W Aachen właśnie w zesząym roku grupa polskich zapaleńców powołała do życia stowarzyszenie "Polregio". Ma być platformą wymiany doświadczeń, nawiązywania kontaktów i przepływu informacji o rodakach aktywnie działających na terenie Belgii, Niemiec i Holandii, a zamieszkujących między Aachen, Liege i Maastricht. - Z naszych orientacyjnych
danych wiemy, że na tym terenie mieszka około 40 tysięcy osób mówiących
po polsku. Wpadliśmy więc na pomysł stworzenia takiego swoistego, Euroregionu
z polskim akcentem - słyszę od Renaty Thiele, naczelnej redaktor kwartalnika
"Polregio", bo i taki już istnieje.
Coś w tym spostrzeżeniu musi być, i pewnie ma rację pani Renata, bo mówiąc o stereotypach i uprzedzeniach, ten sam problem poruszyła w rozmowie następnego dnia w Maastricht pani Ela Peijs. - Każdy z emigrantów, świadomie czy nieświadomie, przejmuje i przyswaja sobie cechy społeczności, w jakiej przyszło mu żyć. Tym samym przyswaja sobie i powiela te same uprzedzenia, jakie ma jego kolega w pracy na temat sąsiada mieszkającego po drugiej stronie granicy. Tak jest przykładowo w Herzogenrath i Kerkrade. Ci po lewej stronie płacą podatki w Niemczech a ich sąsiedzi po przeciwnej stronie ulicy są poddanymi królowej Beatrix. Zmienić mentalność Pomysł na pierwszą ponadregionalną organizację czy też stowarzyszenie polonijne w tej części Europy jest, trzeba porzyznać, bardzo ambitny, wszak polonusi osiadli po wszystkich stronach tych trzech granic mają różne doświadczenia i różne koleje losu zawiodły ich w te strony. Kiedy słyszę jednak jak inicjatorzy i entuzjaści "Polregio" mówią o swoich zamierzeniach i planach, myślę, że przedsięwzięcie to się uda. - Dla "Polregio" potrafię rzucić za dnia robotę, przejładając jej wykonanie na noc - mówi Renata Thiele. Wywodzi się ze stowarzyszenia Barka, które zajmowało się organizacją pomocy humanitarnej dla polskich domów dziecka i domów opieki społecznej. Wiesław Lewicki, "mózg" Polregio, próbował wcześniej w Aachen powołać do życia stowarzyszenie polskich biznesmenów, ale podobnie jak w przypadku Barki coś tam nie zaiskrzyło i klub polskich przedsiębiorców przestał istnieć, zanim zaczął na dobre działać. Słuchając relacji o zorganizowanych przez "Polregio" imprezach, jak jesienne spotkanie przy grillu po belgijskiej stronie, na które zjechało prawie dwieście osób, czy o wspólnych wyjazdach na pełnomorskie połowy dorsza u wybrzeży Holandii odnoszę wrażenie, że trafiłem do idealnego polonijnego środowiska. Bez kłótni, zawiści, obgadywania. Wieczorna rozmowa u pani Joli Langen, która wraz z mężem prowadzi mały hotelik, koryguję nieco to pierwsze wrażenie. Tutejsze środowisko polonijne jest takie jak wszędzie i Jola już nie raz miała okazję się o tym przekonać. I rozczarować. - Nie raz próbowałam się w coś angażować, bo jestem ostatnia, która by nie chciała tu czegoś z polskim akcentem zrobić, ale to wszystko musi być poważne, a nie takie niedopracowane. Wychodzimy z ukrycia Oczywiście Wieśkowi Lewickiemu, niespokojnemu duchowi "Polregio", marzą się interesujące imprezy na przygranicznych łąkach, takie na przykład Polskie Lato. Chciałby w to miejsce, które jest najwyższym "szczytem" Holandii (321m n.p.m.) zaprosić nie tylko Polonusów, ale też wyjść bardziej do sąsiadów pokazać Belgom, Holendrom i Niemcom polską kulturę, zainteresować polską kuchnią... - Niech nasi przedstawią swoje firmy, pokażą co robią. Dlaczego mamy się wstydzić czy ukrywać, że po kilkunastu latach mieszkania na emigracji osiągnęliśmy jakąś tam swoją małą stabilizację, prowadząc z większym czy też mniejszym sukcesem te swoje małe biznesy mówi pani Renata, a Wiesiek dodaje: Jak przyjechałem do Niemiec 20 lat temu, to trzeba było w pracy i na ulicy mówić szeptem po polsku, a teraz jakbyśmy się z jakiegoś letargu obudzili. Gdzieś uleciała ta nasza bojaźń, może to ma związek z naszym odnalezieniem się w tej nowej sytuacji, może trochę pomogło nam wejście Polski do Unii? Ponad podziały W Holandii istnieje i równolegle działa kilka grup skupiających emigrantów. Wiadomo, że nie można na siłę próbować ich łączyć. Są to grupki często zamknięte i nieskore do przymuszonej integracji. Ale też nie taki cel przyświeca "Polregio". Byłoby też trudno kojarzyć np. organizacje skupiające starsze przecież już wiekiem wdowy, najczęściej Holenderki, po polskich żołnierzach z najnowszą emigracją, przybyłą tu nierzadko dopiero po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Ewenementów jednak nie brakuje. Przykładem jest zespół folklorystyczny założony przez Holendrów. Śpiewają znakomicie polskie pieśni ludowe, choć nie znają naszego języka. - To jest ciekawe i na pewno warte poznania, ale my jesteśmy bardziej ukierunkowani na "dziś i jutro", a nie na patrzenie wstecz, na to, co było wczoraj - mówi pani Ela. Wyjeżdżam z przekonaniem, że zapał działaczy z "Polregio" nie osłabnie, że jeszcze jedna interesująca inicjatywa nie umrze. Przygotowane oraz przeprowadzone już po moim wyjeździe imprezy, spotkania i inne przedsięwzięcia są dobrym prognostykiem. Piotr Geise |