| Polak,
Niemiec dwa bratanki
Zła matka Angela i Kaziu zwycięzca |
| Przyjęcie
budżetu Unii Europejskiej na lata 2007-2013 było najważniejszym międzynarodowym
wydarzeniem schyłku 2005 roku. Tym bardziej ważnym, że Unia ponownie, dotąd
stabilna jak amerykański dolar, zatrzęsła się w posadach.
- Coś złego dzieje się z naszą Unią - pomyśleli co bardziej lękliwi. - Najpierw fiasko konstytucji europejskiej, kompletna porażka idei wspólnej polityki zagranicznej, teraz ledwie co przepchnięty budżet. Przecież to się zaraz rozsypie Wychodzi na to, że dziesiątka nowo przyjętych państw stała się autentycznym balastem, który płynącą dotąd równo unijną łódź niebezpiecznie przechylił na burtę. W Unii zgrzyta, trzeszczy i piszczy, i nawet najmniejsza sprawa jawi się wielka jak Brama Brandenburska. Tymczasem w sprawie zasadniczej, a taką był sześcioletni budżet, cała drużyna potrafiła osiągnąć kompromis, przez dyplomatów z damska zwany konsensusem. A łatwo nie było. Na tle rozległej panoramy bitwy o kasę wyróżniło się dwoje rycerzy płci mieszanej. To na nich skupiła się uwaga Europy i to oni byli najefektowniej rozgrywającymi. Pierwszym z nich okazał się polski premier Kazimierz Marcinkiewicz, debiutujący w Brukseli całkiem skutecznie, by nie powiedzieć - widowiskowo. Nieznany wcześniej szerszej publiczności błysnął autentycznym talentem politycznym i zważywszy na efekt - wszak wywalczył dla Polski cztery z sześciu zagrożonych miliardów euro! - negocjacyjnym. Nie poszłoby mu łatwo, gdyby nie kobiety I tu od razu wskażmy istną Joannę D´Arc UE, również debiutującą na brukselskich salonach, Angelę Merkel, kanclerzycę Niemiec. Polsko-niemiecka para mieszana potrząsnęła cwanymi Angolami, którzy prowadzeni przez Tonyego Blaira chcieli jak najlepiej. Dla siebie. W rezultacie impas w twardych negocjacjach przełamała Angela, darowując Polsce 100 milionów euro z własnej kasy, co wzruszyło Kazia do łez, ale rodaków Angeli do łez rozwścieczyło. Skończyła się Bruksela, zaczęła się kołomyja. Gdy Kazio wrócił na ojczyzny łono, opozycja wylała nań tradycyjny kubeł pomyj, co jednak nie wzruszyło ani zainteresowanego, ani nikogo innego. Jaka opozycja, takie pomyje Ostra krytyka gardłowana przez LPR nie obeszła nikogo, bo i LPR już nikogo w Polsce nie podnieca, nawet opozycją jest fałszywą, bo przecież popiera rząd Kazia. Ale Kaziu, zachował spokój stoika i tylko - jak przystało na dżentelmena - chwalił Angelę, że taka dobra kobieta, i że dała mu dowód miłości bilateralnej. Każdy, kto ma krztynę oleju w głowie zrozumiał, że Polsce się udało, że wygraliśmy ten trudny budżet i gdy forsa ta zacznie do Polski spływać, pozostanie martwić się tylko, czy będziemy potrafili ją na czas wydać. Bo to wcale nie takie oczywiste, zważywszy, że i obecne dotacje unijne potrafimy skonsumować jedynie w paru procentach. Efekty szczytu brukselskiego poza - jako się rzekło rewolucjonistami parafialnymi z LPR-u i encyklopedystami z Samoobrony - wszyscy rokują dla Polski pozytywnie, co w tym przypadku przekłada się na wzrost dochodu narodowego i bogacenie się społeczeństwa. Nie wszystkim to jest pisane. Pani Merkel nie miała, jak czytamy w gazetach niemieckich, tak komfortowej sytuacji. Została przez swoich opieprzona bez litości. Kpiono z niej słowami: "Szczodra królowa szczytu", "Wielka Europejka". Nikt nie zwrócił uwagi, że Joanna DArc wróciła żywa z tego pola bitwy i zyskała wdzięczność sąsiadów. Była jedną z niewielu postaci na brukselskiej scenie, która naprawdę rozumiała ideę europejskiej solidarności i potrafiła ją wcielić w życie. A mimo to "Münchner Merkur" napisał wprost, że wskutek nieumiejętnych negocjacji Merkel Niemcy dostaną w plecy dwa miliardy euro, bo z siedmiu do dziewięciu miliardów euro wzrośnie składka netto płacona do kasy przez Niemcy. "Można ten fakt potraktować jako skandal, można też postrzegać go pozytywnie: miliony emerytów i bezrobotnych pocieszać się mogą, że z ich oszczędności wybuduje się autostrady w Rydze i Bratysławie. Budżet federalny osiągnął pięćdziesiąt pięć miliardów deficytu strukturalnego. W takiej sytuacji rząd mógł uznać, że dodatkowe dwa miliardy nie stanowią wielkiej różnicy" - napisał w komentarzu Georg Anastasiadis. Poza tym Niemcom mało się podoba to, że za ich pieniądze będą budowane autostrady na Słowacji i w Estonii, podczas gdy kraj tkwi w kryzysie, a ludziom pozostają tylko wspomnienia o hojnym, zasobnym państwie z lat 60. i 70. Owszem, Niemcy zaczynają być w Europie lubiani, ale po pierwsze - to zjawisko kompletnie dla nich nowe, a po drugie - nikt w Niemczech nie odczuwa z tego faktu wymiernej korzyści. No, może poza satysfakcją, że Słowakom i Estończykom jeździ się równo i bezpiecznie Merkel pomogła Polakom kosztem swoich. Niemcy nie mają już tego komfortu, że czerpią z kasy bez dna. To już było i se ne vrati. 100 milionów euro, które Angela dała Kaziowi na polskie biedne pogranicze, musi wyrwać z budżetu federalnego. A to znaczy, że bogatsze landy zachodnie będą musiały wydusić z siebie więcej, by pomóc niemieckim landom wschodnim. Ładnie zachował się tylko premier Bawarii Stoiber, zwykle radykalny i nacjonalistyczny, który wziął Merkel w obronę i pochwalił, że kasa kasą, ale dzięki swej decyzji Merkel wysłała Polakom czytelny sygnał, że działamy razem. Mimo rozdźwięku irackiego, gasnącego jak świeca Trójkąta Weimarskiego, mimo rosyjsko-niemieckiej rury pełznącej po dnie Bałtyku - jesteśmy zusammen! W przypadku prawicowej, zwykle radykalnej i nacjonalistycznej (co powtarzam świadomie!) prawicy, to dobry i zachęcający do optymizmu sygnał. Był to jednak głos, choć ważny, to jednak odosobniony. Przeważała jednak krytyka nadzwyczajnej rozrzutności Angeli Merkel, rozrzutności niespotykanej dotąd w niemieckich dziejach. Dostało się, oj dostało, pani kanclerz po nosie. "Merkel zachowuje się jak każda zła matka, napisały niemieckie gazety. Nie obdarowuje miłością, tylko drogimi prezentami. Już niejedno dziecko źle przez to skończyło". Pogrążone w triumfie polskie władze mogły posłać nad Szprewę tylko kwiaty, ale znając kurtuazję rodzimej prawicy nie posłano do Berlina niczego. A to i tak dużo, przecież jeszcze parę miesięcy temu Kaczyńscy Brothers chcieli posłać Niemcom fakturę za II wojnę światową. (Ponoć nie posłali dlatego, bo wybuchł spór o VAT i bliźniacy nie wiedzieli, czy opodatkować kwotę siedmioma czy 22 procentami). Ale jedną korzyść z gestu kanclerzycy na pewno Niemcy odniosły. Altruizm Angeli Merkel osłabił fatalne wrażenie, jakie pozostawił po sobie lewicowy geszefciarz Schröder, który ledwie drzwiami kanclerskiego urzędu trzasnąwszy, oddał się na służbę do Putina. A poza tym - do siego roku! Henryk Martenka henryk.martenka@angora.com.pl
|