Na tropach bigosu, żurku i "żubrówki"
Festiwal kulinarny nad Menem

Publikacja z dwutygodnika 
 Samo Życie nr 14/2007 
www.Samo-Zycie.com
 
Narzekać na brak atrakcji w sezonie letnim we Frankfurcie nad Menem nie można. Dopiero skończył się Festiwal Wieżowców, a już przed Starą Operą (Alte Oper) gromadziły sie rzesze spragnionych atrakcji kulturalnokulinarnych, jako że po raz kolejny - choć po raz pierwszy aż przez jedenaście dni - odbywał się przegląd przysmaków kuchni europejskich i orientalnych - "Das Kulturfestival mit einmaligem Flair". Tak elegancko nazwała imprezę lokalna prasa.

I ma ona rzeczywiście także kulturalny charakter, bo obok straganów, z których dobiegają zapachy pichconych potraw, można też posłuchać płynących
z estrady rytmów latynoamerykańskich, lub w godzinach południowych zadumać się nad pięknem klasyki muzyki fortepianowej. Dla każdego coś miłego, do wyboru, do koloru.

Wysłuchałem więc "Piano around the world", duetu "Mi Carla" i mógłbym tak słuchać aż do północy, gdyby nie to, że oprócz wrażeń słuchowych chłonąłem też sygnały tego świata innymi zmysłami - wzrokiem i węchem. Nie było to może połączenie klasyczne typu "wino, kobieta i śpiew", a raczej "Orient, kebab i Bałkany - cieszcie się więc wszystkie stany". Frankfurt, jako miasto wielokulturowe, pokazał istotnie bogactwo swoich gastronomicznych możliwości.

"Stany" były wszystkie. Nie brakowało dzieci z rodzicami, byli dziadkowie, młode pary, byli kolorowi mieszkańcy miasta. Mimo iż pogoda nie zawsze dopisywała, od czasu do czasu lało się z nieba, na wszystkich twarzach malowała się radość życia. Co to jednak może sprawić połączenie wolnego czasu z dobrą kuchnią.

Po raz pierwszy skosztować można było specjały tajlandzkie z restauracji "Suvadee". Chińskie potrawy oferowała restauracja "Palms Garden". Wybór egzotycznych potraw z daleka i tych bliższych, z Europy, był bardzo duży. Od hiszpańskich tapas po owoce morza, od hinduskich placków, po włoską pizzę i tureckiego kebaba.

A jak zjeść, to i wypić... - głosi stara piosenka. I z tym też nie było najmniejszego problemu. Obok piwa i win można było ugasić pragnienie typową specjalnością z Hesji (Hessen) - Apfelweinem, to jest musującym winem jabłkowym. O uznanie klientów zabiegało dwóch renomowanych wytwórców: "Possmann" (selbst gekeltert seit 1881) i "Der alte Hochstädter" (Speyerling Apfelwein - nach bester alter Art).

Odpowiedzialny za festiwal przed Operą wystawca Hermann Pommer z "Party-Pommer" wyjaśnił, że w tegorocznym festynie uczestniczy tylko 24 wystawców, o sześć mniej niż poprzednio, ale zaraz dodał, że zadecydowano tak celowo, aby - z jednej strony - zwiekszyć liczbę miejsc siedzących dla gości, z drugiej zaś dopuścić do imprezy naprawdę najlepszych gastronomów. Decyzja była trafna, o czym przekonałem się naocznie.

Naocznie też przekonałem się, że Polska nie leży geograficznie ani w Europie, jak mnie uczono w szkole, ani w Azji. Nie ma też chyba przedstawicieli Polonii we Frankfurcie, nie istnieje również nic takiego, jak kuchnia polska. Przynajmniej dla organizatorów festiwalu i dla naszych handlowców. Ani jednego stoiska, ani małego kramiku, ani śladu Polski na międzynarodowej mapie gastronomicznej Frankfurtu! A przecież polskojęzyczni spotykają się na co dzień w lokalach, w których można zjeść polskie potrawy, odwiedzają polskie sklepych, których nie brakuje. Na festiwalu głucho o nas. Nie można, nie warto, czy po prostu nikomu się nie chce?

Tekst i zdjęcia:

Wojciech W. Zaborowski