| Na tropach bigosu, żurku
i "żubrówki"
Festiwal kulinarny nad Menem |
Narzekać
na brak atrakcji w sezonie letnim we Frankfurcie nad Menem nie można. Dopiero
skończył się Festiwal Wieżowców, a już przed Starą Operą (Alte Oper) gromadziły
sie rzesze spragnionych atrakcji kulturalnokulinarnych, jako że po raz
kolejny - choć po raz pierwszy aż przez jedenaście dni - odbywał się przegląd
przysmaków kuchni europejskich i orientalnych - "Das Kulturfestival mit
einmaligem Flair". Tak elegancko nazwała imprezę lokalna prasa.
I ma ona rzeczywiście także
kulturalny charakter, bo obok straganów, z których dobiegają zapachy pichconych
potraw, można też posłuchać płynących
Wysłuchałem więc "Piano around the world", duetu "Mi Carla" i mógłbym tak słuchać aż do północy, gdyby nie to, że oprócz wrażeń słuchowych chłonąłem też sygnały tego świata innymi zmysłami - wzrokiem i węchem. Nie było to może połączenie klasyczne typu "wino, kobieta i śpiew", a raczej "Orient, kebab i Bałkany - cieszcie się więc wszystkie stany". Frankfurt, jako miasto wielokulturowe, pokazał istotnie bogactwo swoich gastronomicznych możliwości. "Stany" były wszystkie. Nie
brakowało dzieci z rodzicami, byli dziadkowie, młode pary, byli kolorowi
mieszkańcy miasta. Mimo iż pogoda nie zawsze dopisywała, od Po raz pierwszy skosztować można było specjały tajlandzkie z restauracji "Suvadee". Chińskie potrawy oferowała restauracja "Palms Garden". Wybór egzotycznych potraw z daleka i tych bliższych, z Europy, był bardzo duży. Od hiszpańskich tapas po owoce morza, od hinduskich placków, po włoską pizzę i tureckiego kebaba. A jak zjeść, to i wypić... - głosi stara piosenka. I z tym też nie było najmniejszego problemu. Obok piwa i win można było ugasić pragnienie typową specjalnością z Hesji (Hessen) - Apfelweinem, to jest musującym winem jabłkowym. O uznanie klientów zabiegało dwóch renomowanych wytwórców: "Possmann" (selbst gekeltert seit 1881) i "Der alte Hochstädter" (Speyerling Apfelwein - nach bester alter Art).
Naocznie też przekonałem się, że Polska nie leży geograficznie ani w Europie, jak mnie uczono w szkole, ani w Azji. Nie ma też chyba przedstawicieli Polonii we Frankfurcie, nie istnieje również nic takiego, jak kuchnia polska. Przynajmniej dla organizatorów festiwalu i dla naszych handlowców. Ani jednego stoiska, ani małego kramiku, ani śladu Polski na międzynarodowej mapie gastronomicznej Frankfurtu! A przecież polskojęzyczni spotykają się na co dzień w lokalach, w których można zjeść polskie potrawy, odwiedzają polskie sklepych, których nie brakuje. Na festiwalu głucho o nas. Nie można, nie warto, czy po prostu nikomu się nie chce? Tekst i zdjęcia: Wojciech W. Zaborowski |