Dwa korzenie dwóch drzew
Stan Borys o muzyce i o sobie

Publikacja z dwutygodnika 
Samo Życie nr 3/2005 (05.02.05-18.02.05)
www.prenumerata.de
 
- Wczoraj występował pan na ChansonFestival w Köln, dziś przed południem w konsulacie matinee, a wieczorem w auli szkolnej w Bielefeld... Jak wypada porównanie, jak dostosowuje się pan do tak różnej publiczności?

- Trzeba być "flexibel" i dostosować się. Oczywiście wszędzie warunki są różne. W konsulacie nie ma warunków do tego, żeby śpiewać. Ale skoro publiczność jest, to już są warunki. Na koncercie w Kolonii były bardzo dobre warunki koncertowe. Jakoś rozkręcaliśmy się i myślę, że ten sobotni był bardzo dobry, zarówno pod względem dżwiękowym jak i swiatła - elementów, które mi są potrzebne do koncertu.

- W Köln wystąpił pan w piątek i sobotę. Czy ten piątkowy występ był dla pana próbą generalną?

- O, to różnie. Angażuję młodzież i dzieci, których było dwadzieścia w piątek na scenie. Sobotni występ był krótszy, bo były trzy punkty programu. Trzeba było skrócić występ, dlatego były tylko "Cyganki". I tak jest regularnie. Tutaj w Bielefeld była wspaniała publiczność i cieszę się, że mogłem po tylu latach widzieć się z tymi, którzy pamiętają moje piosenki. Reakcja była fantastyczna i dziękuję bardzo wszystkim organizatorom, panu Grzegorzowi Suchemu, a przede wszystkim publiczności za przybycie.

- Starsza generacja zna pana doskonale. Młodsi bardziej może z opowiadań. Nie był pan w ostatnich latach obecny na scenie, tym bardziej w Niemczech. Jak przedstawiłby pan siebie pokrótce młodszym czytelnikom? Gdzie mają pana zaszufladkować? 

- Nie szufladkować. Brać tak, jak jest i po prostu przeżywać na swój sposób. Ja nie lubię żadnych podziałów i wymieniania, że dzieli się na to, czy na tamto. Ogólnie jest jazz, muzyka klasyczna i pop, ale to wszystko jest muzyką. Wszystkie natomiast podziały na różne "house", "sens" i "nonsens", z którymi się spotykam w Polsce, są mi nieznane. Mnie to nie interesuje.

- Od czego zacząć poznawanie pana muzyki?

- Przede wszystkim po to angażuję zawsze dwadzieścioro dzieci na scenę, żeby młodzi ludzie weszli w to, co może ich później zaciekawić. W kilkudziesięciu miastach miałem takie występy w Ameryce. Szlifowałem, uczyłem się na błędach i uczyłem się na tym, jak to dopasować do ludzi. I wszędzie młodzież jest zadowolona, że bierze w tym udział. Ci młodzi ludzie na scenie tworzą takie "ciało teatralne". Są dla mnie lampą, światłem, tańcem, baletem, unoszeniem rąk i przede wszystkim duszą, która zaszczepia się w nich. Zaczynają pamiętać te piosenki, chociaż to jest bardzo trudna poezja dla młodzieży za granicą, bo nie ma z nią na co dzień do czynienia. Z większością pozostajemy w kontakcie emailowym. Póżniej uczą się tych piosenek, mówią, co im się najbardziej podoba. Dla mnie bardzo ciekawe jest również to, co pozostaje w nich.

- Nie chce pan być szufladkowany, ale porównania ułatwiają przedstawianie artystów. Na wieść o pana występach w Niemczech znajomy powiedział mi: To jest muzyk, który robi podobną muzykę do Czesława Niemena. Co myśli pan na temat tego typu porównań?

- Ten pan zupełnie nie miał racji. To w ogóle nie jest dobre porównanie. To jak dwa teatry - Hanuszkiewicz i Holoubek i... jeszcze Szaniawski, który pisał dla teatru.

- Z Polski wyjechał pan mając 34 lata, a obecnie ma pan 63, czyli połowę życia spędził pan w Polsce, a połowę w Stanach Zjednoczonych. Co znaczy dla pana Polska, a co USA?

- To są dwa korzenie dwóch drzew, które mogą połączyć się gałęziami i tworzyć jeden owoc. 
- To jestem ja, który dojrzewał w Polsce i to jestem również ja, który dojrzewał w Ameryce. Te dwie rzeczy dla mnie psychicznie i spirytualnie są równe. Natomiast nie należy patrzeć na wygody czy niewygody jednego i drugiego kraju, bo w gruncie rzeczy matkę się całuje w rękę, bez względu na to, czy daje klapsa, czy głaszcze po głowie.

- Z jakimi uczuciami powraca pan do Polski?

- Jeszcze nie doszedłem do tego, żebym się zastanawiał nad uczuciami. Najważniejsze jest dla mnie to uczucie, którego doznaję podczas spotykań z publicznością. To jest chyba największe uczucie. Natomiast obserwacja Polski jako kraju, który przeszedł przewroty polityczne, to mnie nie interesuje. Oczywiście cieszę się, że ludziom jest lepiej i cieszę się, że stało się tak, że po 28 latach przyjechałem do Polski. Nie mogę jeszcze tego powiedzieć, że wróciłem. Przyjechałem do Polski. Nie ma już takiej bariery jak kiedyś, że wyjechawszy raz nie można już było wrócić. Mając dwie ojczyzny, mogę wyjeżdżać i wracać kiedy tylko chcę. Czuję potrzebę powrotu, ponieważ tworzyłem piosenki w języku polskim i chcę, żeby publiczność się zapoznała z tymi, które tam powstały i którymi ja zaczynam przesiąkać. Chciałbym, żeby to weszło w publiczność i nie tylko pamiętali mnie takim, jakim byłem, ponieważ już nie jestem taki, jaki byłem.

- Czy udało się panu stworzyć naprawdę jedną tożsamość, z tego, jaki pan był w Polsce i jaki jest pan po trzydziestu latach życia w USA?

- Wymysliłem takie połączenie tych dwóch konarów drzewa w stosunku do dwóch korzeni. Człowiek, który wypiera się swoich korzeni, nie może istnieć
w swojej przyszłości. Mam te polskie korzenie, ale również mam drugie korzenie, które zapuściłem w Ameryce. Dlatego też nie mogę się wyprzeć, że tam byłem i nie mogę również rozpatrywać tego pod względem wygody. Jedne buty są ciasne, a w innych się dobrze chodzi; w jednym samochodzie jest lżej, w drugim jest trudniej. Natomiast to nie jest dla mnie ważne. Dla mnie jest ważne, że mogę usiąść pod lipą, o której pisał Kochanowski. Mogę również usiąść na skale, tam gdzie mieszkam w Las Vegas i medytować.

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiali:

Andreas Hübsch
 

Aurelia Krusch

Legenda polskiej piosenki. "Bursztynowy Słowik" festiwalu sopockiego, I nagroda za wykonanie piosenki "Jaskółka uwięziona". Twórca widowisk teatralnych, zwycięzca festiwali piosenki w Sopocie, Atenach, Caracas, Rennes, Ostendzie. Jego piosenki przeszły do historii polskiej muzyki popularnej; "Anna", "To ziemia", "Wiatr od Klimczoka", "Jaskółka uwięziona", "Zmęczony burz szaleństwem", "Niczyj".

Od ponad 20 lat mieszkał i tworzył w USA, w Chicago. Reżyserował spektakl "Norwid" na University of Illinois w Chicago, występował w słynnej rock-operze Naga, w "The Goodwoman of Setzuan" Bertolda Brechta w Blackstone Theatre w Chicago. Nagral jedenaście plyt.

W 1997 roku zamieszkał w Kanadzie. 14 maja 1999 r. artysta wystąpił w Polskim Centrum Kultury w koncercie pod tytułem "Niczyj", podsumowującym 30-lecie jego pracy artystycznej.