Lustracja księży i zrzucanie sutanny
Na nasze pytania odpowiada rektor Polskiej Misji Katolickiej w Niemczech, ksiądz prałat Stanisław Budyń

Publikacja z dwutygodnika 
 Samo Życie nr 11/2007 
www.Samo-Zycie.com
 
W ostatnim czasie Kościół w Polsce znalazł się na celowniku krytyki. Media publikują co rusz nowe sensacje, nie zawsze w pełni sprawdzone. Znani duchowni oskarżani są o molestowanie, w tym również kleryków, oraz współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. Na domiar złego kilku księży, którzy często gościli na łamach gazet, wypowiadali się w telewizji i radio, odeszło ze stanu kapłańskiego. O rozmowę na ten temat i komentarz poprosiliśmy rektora Polskiej Misji Katolickiej w Niemczech, ks. prałata Stanisława Budynia.

- Księże Rektorze, najpierw wypłynęła sprawa molestowania kleryków przez arcybiskupa Juliusza Petza, informacje o molestowaniu kleryków w Płocku, potem wyłonił się problem lustracji i oskarżenia o współpracę z SB zasłużonych kapłanów, księży: Hejme, Czajkowskiego, Malińskiego, arcybiskupa Wielgusa, a w końcu zrzucenie sutanny przez znanych z mediów księży: Tomasza Węcławskiego, Stanisława Obirka i Tadeusz Bartosia. Takiego wewnętrznego wstrządu, jak w ostatnich pięciu latach, Kościół w Polsce jeszcze nie przeżył. Czy można w tej sytuacji mówić o kryzysie?

- Każdy przypadek ma osobną historię, swój osobny dramat. Sami ci księża nie stanowią jednak Kościoła. Kościół to duchowni i świeccy, na Kościół trzeba patrzeć
w aspekcie uniwersalnym. Nie można z powodu kilku przypadków - fakt, bardzo przykrych -przekreślać wszystkich duchownych i całej historii. Ograniczanie Kościoła do kilku przykrych wydarzeń i kilku duchownych jest obrazem nieprawdziwym.

- Dlaczego księża porzucają kapłaństwo?

- Każdy ksiądz przeżył swego czasu zachwyt swoim powołaniem. Zrezygnował więc z założenia rodziny i wstąpił do seminarium. Tymczasem droga kapłańska nie jest drogą łatwą, wymaga wielu wyrzeczeń i ogromu pracy. Zdarza się więc, że niektórzy nie wytrzymują i odchodzą. Jednym z głównych powodów jest samotność, z którą ksiądz nie może sobie poradzić, ale zdarza się, że powodem jest konflikt z przełożonymi lub urażona ambicja.

- Media podają, że w ostatnich latach zrzuca sutannę prawie 20 procent księży, a seminaria opuszcza 50 procent kleryków.

- Są to dane absolutnie przesadzone. Liczba odejść od kapłaństwa jest w Polsce najmniejsza na świecie. To więc jest niemożliwe, bo musiałoby rocznie odchodzić około czterech tysięcy księży. Niestety, nie mam dokładnych danych.

- Jak Kościół przyjął krytykę byłych księży, którzy rezygnowali z kapłaństwa i w związku z tym zwoływali konferencje prasowe, czy ogłaszali to w środkach masowego przekazu, jak Węcławski, Obirek, czy Bartoś?

- Każda krytyka jest zdrowa i Kościół jej się nie boi. Ale jest jeden warunek: jeżeli krytykuję i równocześnie wymagam od siebie. To jest dobre. Taki był ks. Jan Zieja, czy ksiądz Tischner. Jeżeli jednak słyszy się krytykę byłego dominikanina Tomasza Bartosia i jemu podobnych, to trzeba również wziąć pod uwagę ich osobistą postawę, jaką reprezentowali w zakonie. Czasami więc lepiej jest, jeżeli ktoś odejdzie, aniżeli miałby swoją postawą wpływać negatywnie na otoczenie.

To jest zwykłe oczyszczenie. Samo odejście kilku księży lub profesorów nie jest jeszcze świadectwem, że Kościół przeżywa kryzys.

- A czy nie jest tak, że są to wielkie indywidualności, które nie potrafiły zmieścić się w sztywnych strukturach Kościoła? Może Kościół nie pozwala na rozwój własnej indywidualności? Mam na myśli tutaj odejście ks. prof. Tomasza Węcławskiego, wybitnego teologa.

- Tomasza Węcławskiego znam z bardzo dobrych publikacji teologicznych. Kościół, podobnie jak rodzina, ma pewne ramy, w których funkcjonuje. Każdy powinien znać zakres swoich obowiązków i przywilejów. Nie jest prawdą, że Kościół ogranicza wolność. W przypadku księży, którzy odchodzą, można mówić o pewnym dramacie osobowości. Najprawdopodobniej na pewnym etapie coś się zachwiało, dany zakonnik wypadł z pewnego rytmu, w jakim zakon funkcjonuje. Zgromadzenie zakonne to rodzina braci i ojców. Jeżeli ktoś czuje się w niej zagubiony, to z pewnością nie jest to sprawa, która przychodzi nagle. To długotrwały proces, który prowadzi do podjęcia smutnej decyzji odejścia, czyli powszechnie mówiąc "zrzucenia sutanny". Być może moment, w którym coś pękło, jest związany z jakąś konkretną sytuacją, często bardzo osobistą.

Nie można jednak mówić, że Kościół nie pozwala na rozwój osobowości. Są przecież piękne przykłady, jak np. dominikanin ojciec Jan Góra
i wiele innych. To ludzie, którzy krytykowali lub krytykują pewne postawy, ale równocześnie wymagają bardzo dużo od siebie. W przypadkach głośnych odejść, w świetle jupiterów, tej postawy stawiania sobie wysokich wymagań nie zauważyłem. Wręcz przeciwnie, jest to często osobisty zawód związany np. z nieotrzymaniem pewnego stanowiska. Poza tym ci, których pan wymienia, to księża naukowcy, którzy z typowo kapłańską posługą, czyli parafialnym duszpasterstwem, nie mieli wiele wspólnego. Również nie można mówić na przykładzie odejścia jednego czy dwóch znanych teologów katolickich o kryzysie w polskiej teologii.

- Były ksiądz Tomasz Węcławski, który jako pierwszy potępił zachowanie arcybiskupa Petza, później identyfikował się z tym, co robił ks. Zaleski, znany był jako zwolennik lustracji. Nie była to więc chyba tylko kwestia osobistego zawodu, ale problem szerszy...

- Nie znam całego pola jego zaangażowania. Pewnie zabrakło mu po prostu cierpliwości. W Kościele polskim z pewnością przez ostatnich 20 lat pewne rzeczy zaniedbano. Oczyszczenie zarówno z pewnych zarzutów jak i elementów niechlubnych jest bardzo potrzebne. Nie można jednak wszystkich wrzucać do jednego worka. Wydaje mi się, że błąd zrobili biskupi, nie zarządzając wewnętrznej lustracji. Oskarżenia zaś zostały oparte jedynie na dokumentach opracowanych przez tych, którzy mieli za zadanie rozbić Kościół. My, księża, byliśmy mocno narażeni na inwigilacje i naprawdę w wielu przypadkach bardzo trudno było „panów z SB” się pozbyć. Bardzo wiele relacji, które znajdują się w teczkach, napisanych jest tendencyjnie. Była to walka z Kościołem. Obecnie, gdy dobrano się do skóry dziennikarzom i prawnikom, krzyczy się, że IPN należy zamknąć.

- Czy z lustracją czekano do śmierci papieża Jana Pawła II?

- Nie, nie sądzę aby ta teza była prawdziwa. Chciałbym jednak tutaj podkreślić nie zawsze odpowiedzialną rolę mediów w tym procesie. Często zdarza się, że z IPN wypływają do mediów rzeczy niesprawdzone. Bardzo łatwo można kogoś skrzywdzić,
a naprawa krzywdy jest procesem długotrwałym, wręcz niemożliwym.

- Odejście tych kilku znanych księży i inne przykre dla Kościoła przypadki są w polskich mediach szeroko komentowane. Jak odbierają to wierni Polskiej Misji Katolickiej w Niemczech.

- Nie spotkałem się jeszcze z komentarzem na ten temat w tym środowisku. Są to tematy, które łatwo się sprzedają. Niewątpliwie media mają swoje prawa, są po to, aby zło nagłaśniać i potępiać. Istnieje jednak pewna granica przyzwoitości i odpowiedzialności za słowo. O tym dziennikarz powinien pamiętać. A Polacy w Niemczech? Wydaje mi się, że od tych spraw są daleko. Tymi sprawami bardziej żyją media.

- Czy wśród księży PMK w Niemczech również zdarzają się odejścia?

- Tak, oczywiście. Są to jednak pojedyncze przypadki. Na pewno nie jest to 20 procent. W ciągu ostatnich dziesięciu lat odeszło od kapłaństwa chyba tylko trzech księży, a pracuje tutaj ich ponad stu.

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał:

Leonard Paszek

Zdjęcia:

Jerzy Stemplewski