Trochę wiosny jesienią...

Uśmiech pani Eli


Publikacja z dwutygodnika 
Samo Życie nr 24/2005 (26.11-10.12.05)
www.prenumerata.de
 
Panią Elżbietę Skocz znam - bez przesady - od dziesięcioleci. Nie tylko ja. W latach osiemdziesiątych, gdy Frankfurt nad Menem wchłonął rzesze przybyłych znad Odry, Wisły i Bałtyku "polskojęzycznych", właśnie restauracyjki, knajpki i różne kioski, w których dawano Polakom pracę (panie pracowały przeważnie za bufetem, panowie jako kelnerzy lub barmani) były miejscami spotkań rodaków uwięzionych w Niemczech na skutek wprowadzonego w Polsce przez generała Jaruzelskiego stanu wojennego. 

Elżbieta Skocz wyjechała wiele lat przed robotniczymi strajkami, nie należała do solidarnościowej emigracji. Rozstała się z Polską już w 1971 roku. Trafiła początkowo do Belgii, by w krótkim czasie znaleźć się w Niemczech, gdzie oczekiwał ją mąż, który opuścił kraj, czy też raczej został zmuszony do jego opuszczenia, parę lat wcześniej. Po pokonaniu polityczno-administracyjnych problemów związanych z otrzymaniem paszportu i odpowiedniej wizy, mogła rozpocząć nowe życie. Zaczęła w "Rote Hand", właścicielem lokalu był jej mąż. W czasach więc, gdy do Niemiec trafiała fala uchodźców we wspomnianych latach osiemdziesiątych, była już niejako zawodowo ustawiona; ominęły ją gorzkie rozczarowania związane z poszukiwaniem pracy, które stały się udziałem późniejszych emigrantów. Ale nie była to praca związana ze zdobytym wykształceniem. Wyuczony zawód - fototechnik - coraz bardziej pozostawał wspomnieniem, tak jak zdjęcia przypominające dawne czasy spędzone w warszawskiej szkole przy ulicy Spokojnej 13.

Który to już raz słuchałem podobnych wspomnień?

Kolejne lata można by uszeregować według miejsc pracy, gastronomicznych lokali, w których pracowała pani Ela. Zmieniały się adresy, nazwy, funkcje. Prywatnie zmieniał się stan rodzinny. Jedynie miasto pozostawało do samo - Frankfurt nad Menem, od pierwszych chwil przybycia do Niemiec, aż do dziś. 

I zawsze podobne były problemy, które praca w gastronomii stawiała przed Elżbietą. Nieważne, czy było to bistro z kiełbaskami w Neu-Isenburgu koło Frankfurtu, non stop oblegany imbis w sercu Frankfurtu na centralnym deptaku nedmeńskiej metropolii, gdzie też lata całe pracował obecny mąż Elżbiety, Marian Skocz z Wrocławia. Czy był to pawilon "Birmingham Pub" albo pod własnym już szyldem długo prowadzony w Offenbach "Zum Fussball" przy Bibererstrasse 81, lokal z kuchnią niemiecką, ale i polskim bigosem w karcie dań. W wieczory piątkowo-niedzielne rozbrzmiewa tu często język polski. Nie zawsze literacki, szczególnie w późniejszych, nocnych godzinach, ale Niemcy też na co dzień nie mówią językiem Goethego. 

Pani Ela często tu bywa, mimo iż lokalem od pięciu lat zarządza jej córka. Stare nawyki pozostały, oprócz tego można też czasami dziecku to i owo doradzić.

Wycieczka w przeszłość

A co z przeszłości utkwiło najbardziej w pamięci? 

Dwa lokale szczególnie wspomina. Ten z typowo szwarcwaldzką kuchnią, do dziś działający na frankfurckim lotnisku, gdzie pani Ela pracowała w latach 1975-76. 

Przysłuchująca się rozmowie pani Perz, też Ela z gastronomii, legenda Frankfurtu, przypomina, że był to pierwszy lokal w mieście, w którym można było dostać piwo lane z beczki. Kto o tym pamięta?! Nawet piwosze dawno zapomnieli. Jeszcze bardziej w pamięć obu pań, i chyba też bywalców, wrył się przedziwny w smaku i diabelski w mocy likier, który tam podawano - "Bergteufel". Ziołowy, o mocy chyba 80 procent. 

A drugi, szczególnie bliski lokal, to "Zeil-Pick", w sercu miasta, gdzie na pięterku, na smacznych obiadach, długie lata spotykała się cała frankfurcka Polonia. Oba zostawiły trwałe ślady w pamięci Eli Skocz.

A dziś? 

Pani Ela faktycznie nie czuje się emerytką. Oprócz doglądania lokalu w Offenbach, jak może pomaga córce w kiosku, w okolicach Eschenheimer Tor we Frankfurcie. Pracuje tam zresztą też jej mąż. 

Ale to nie są dobre czasy dla gastronomii. Myśli więc o spokojniejszym już życiu, bez niepewności: przyjdą klienci, czy też trzeba będzie liczyć pod koniec miesiąca straty. Po kilkudziesięciu latach pracy należy się chwila wytchnienia. 

Pora kończyć spotkanie, w którym piękne wspomnienia mieszały się z teraźniejszością. Wracamy do rzeczywistości. Za oknem jesień, ale pogodna, słoneczna. Nastrój ten udziela się i ludziom. Gościom lokalu, w którym rozmawiamy, i nam. Pani Ela z niedowierzaniem zauważa, że jest już emerytką - nie widać tego po niej, ruchy ma dziewczęce, energiczna, z twarzy nie schodzi uśmiech. Chyba właśnie poczucie sensu, solidnie i ciężko przepracowanego życia, radości z życia rodzinnego sprawiają, że nadchodzące lata widzi w ciepłych barwach pogodnej jesieni. 

Wojciech W. Zaborowski