Z Krzysztofem Skibą rozmawia Konrad Franke

W moherowych gaciach
 


Publikacja z dwutygodnika 
 Samo Życie nr 15/2006 
www.Samo-Zycie.com
 
K.F.: - Jesteś felietonistą tygodnika "Wprost", przedtem miałeś rubrykę w "Gazecie Wyborczej". Współtworzyłeś telewizyjny magazyn "Lalamido", prowadziłeś festiwale, jesteś pomysłodawcą programów satyrycznych i kabaretowych, a ostatnio także autorem kręconego na wybrzeżu show "I ty zostaniesz 40-latkiem".

Najbardziej jednak znany jesteś jako lider grupy Big Cyc, która całkiem niedawno wydała 14 już płytę - "Moherowe berety". Na okładce, obok babci-komandosa z patrolu parafialnego, widnieje informacja, że jest to pierwsza zakazana płyta IV RP. Czy jest tak rzeczywiście, czy to jedynie chwyt marketingowy?

K.S.: - Jaki chwyt… To jest jak najbardziej zakazana płyta, zwłaszcza tytułowy kawałek. "Moherowych beretów" nie usłyszysz ani w prywatnych, ani tym bardziej w państwowych rozgłośniach. Te pierwsze boją się o koncesje, drugie trzęsą portkami przed klątwą Ojca Dyrektora. Mimo to sprzedaliśmy już 10 tysięcy płyt. Ponadto na naszej stronie internetowej udostępniliśmy do darmowego ściągania plik mp3 z "Beretami". Do tej pory pobrało go milion internautów.

Dla mnie jest to dowód, że polska młodzież wcale nie jest taka głupia, jakby tego chcieli niektórzy nasi politycy. Oni myślą, że wystarczy czegoś zakazać i problem jest z głowy. Chłopaki zapominają, że w Polsce nie ma już cenzury. Są za to nowe technologie, takie jak choćby Internet, którego żadnym dekretem nie da się zagłuszyć.

- Co, twoim zdaniem, jest w tym kawałku tak obrazoburczego, że ściągnęliście na siebie gniew Ojca Dyrektora?

- Jak ktoś nie ma poczucia humoru, to może obrazić się za wszystko. Kiedy pisałem tekst do "Moherowych beretów", wydawało nam się, że jest to kawałek całkiem poważny. Wręcz smutny, taki w oazowym stylu… Chodzi w nim o to, że przegraliśmy Polskę, że wygrała ją Armia Ojca Rydzyka. W trakcie nagrań świadomość klęski była tak namacalna, że spodziewaliśmy się - wcześniej czy później - jakiejś konfrontacji.
I wreszcie stało się - w Empiku po koncercie w Centrum Reduta w Warszawie czekała na nas przeszło setka ludzi. Szpicę stanowiło kilkanaście babci w wieku poemerytalnym. Byliśmy pewni, że to prowokacja, że babiny wyjmą zaraz parasolki, laski, noże i kastety i, że nas zwyczajnie zlinczują. Ale zamiast lasek podały nam płyty do podpisania.
Wtedy zrozumiałem, że Big Cyc jest grupą ponad podziałami, i że nie wszyscy po sześćdziesiątce utożsamiają się z Radiem Maryja i Telewizją Trwam.

- Występy z Big Cycem to tylko część twojej estradowej aktywności. Co poza tym?

- Pod koniec czerwca prowadziłem z Agatą Młynarską koncert z okazji 80-lecia Gdyni. Na scenie pojawiłem się w kostiumie Złotej Rybki, zaprojektowanym przez sopociankę Alę Grucę. Kilka tygodni wcześniej z Tomkiem Kamelem prowadziłem festiwal w Opolu. Przed pierwszym koncertem ktoś rozpuścił plotkę, że mam zamiar wystąpić w pomarańczowych, moherowych gaciach. To była tylko pogłoska, ale dyrekcja Festiwalu tak się przeraziła ewentualnych konsekwencji politycznych, że naciskali, abym wystąpił w normalnych czarnych portkach.

To doskonały przykład w jak kuriozalnym kierunku zmierza IV RP. Nie wyobrażam sobie, żeby Gomułkę interesowało w jakich spodniach występuje Lucjan Kydryński.

- Które z wybrzeżowych imprez utkwiły ci najbardziej w pamięci?

- Chyba festiwal Marlboro Rock In, a konkretnie - występ na molo amerykańskiej kapeli Afghan Wings, której perkusista wyszedł na bis zupełnie nago. O dziwo, numer ten nie spowodował skandalu, wręcz przeciwnie - na widowni zapanowała powszechna euforia. Nie protestowali nawet radni ZChN. Ale to były początki kapitalizmu, więc pewnie bali się cokolwiek cenzurować. W epoce PiS coś takiego byłoby nie do pomyślenia…

W tym samym mniej więcej czasie zaproszono mnie do jury Konkursu Mokrego Podkoszulka. Impreza odbywała się w noc świętojańską na plaży w Sopocie. Dziewczyny tak się rozochociły, że w pewnym momencie złamały regulamin konkursu i ....zaczęły ściągać koszulki, no i tym razem nie obeszło się bez awantury.
Pewnego razu kierownictwo festiwalu w Sopocie zaprosiło mnie do redagowania Gazety Festiwalowej i zdarzyło mi się recenzować koncert zespołu Maryllion. Napisałem, że nowy wokalista tej grupy ma "ciekawą barwę spodni", za co facet obraził się na mnie śmiertelnie. Zabawnie było też podczas konferencji prasowej siostry Michaela Jacksona, La Toyi. Wyobraź sobie, w sali w której się to odbywało, kłębi się tłum dziennikarzy, szykują pytania, a tu wychodzi dyrektor sopockiego festiwalu, Wojtek Korzeniewski, i mówi, że La Toya ma zapisane w kontrakcie, że nic nie będzie mówić. Pierwsza w historii niema konferencja prasowa! Sam zapytał ją tylko jak jej się podoba Sopot, ale - o ile dobrze pamiętam - nawet na to pytanie nie odpowiedziała. Powszechnie uznano, że La Toya wyglądała jak osoba po elektrowstrząsach. Później pojawiły się nawet spekulację, że wzięła jakąś pigułę, albo zjadła paprykarz szczeciński.

- Wróćmy do współczesności… Rozpoczęły się wakacje, gdzie zamierzasz je spędzić?

- Dla mnie wakacje są najbardziej pracowitym okresem w roku. W najbliższym czasie w Gdańsku rozpocznie się Festiwal Dobrego Humoru. Z całego kraju nad Motławę zjadą najlepsi aktorzy, satyrycy i kabareciarze. Festiwalowych imprez jest wiele, a jedną z nich będzie współorganizowany przeze mnie Okrągły Stół Satyryków. W trosce o zdrowie psychiczne narodu i swoje będziemy się dobrze bawić. Impreza jak zwykle odbędzie się w Dworze Artusa.

- Czy i tym razem będziecie wybierać Pawia Roku i Idiotę Roku?

- Oczywiście. Mam już nawet swojego faworyta. Będzie nim nowy minister edukacji. Zresztą jego koledzy z moherowej koalicji to również pewniaki w kilku kategoriach… A tak przy okazji, czytelnikom "Samego Życia" zdradzę tajemnicę, że gościem honorowym tegorocznego festiwalu, będzie Chuck Norris, który kilka dni temu odpowiedział na mój osobisty apel i obiecał, że przybędzie na piechotę do Polski i rozwiąże wreszcie nasze problemy: wybuduje autostrady, załata dziurę budżetową, załatwi podwyżki w służbie zdrowia. A wszystko to załatwi jednym kopniakiem, z półobrotu oczywiście.

- Dziękuję za rozmowę.
 

imię i nazwisko: Krzysztof Skiba
data urodzenia: nieznana
miejsce urodzenia: nieznane
znak Zodiaku: Rak
oczy: wklęsłe
owłosienie: żółte
zawód wyuczony: halabardnik w teatrze lalek
zawód wykonywany: wkład do długopisu
hobby: obieranie ziemniaków, kręcenie śmigła
stosunek do służby wojskowej: przerywany
wyciąg z kartoteki policyjnej: recydywa
opinia proboszcza: skreślony z listy parafian
opinia rodziców:
Czy to ten, który prowadzi pogodę w "Wiadomościach"?!
uwagi prokuratora: wciąż na wolności