| Polacy skarżą niemieckie urzędy w Brukseli |
| Konstytucja, traktaty,
Karta Praw Człowieka i inne umowy mówią swoje, a urzędnicy swoje
Rodzice szykanowanych dzieci mają dość! r Stowarzyszenie Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci wspiera ich protesty Rodzice, którym niemieckie urzędy zakazały porozumiewać się ze swoimi dziećmi w języku polskim, mają dość dyskryminacji. Nie doczekawszy się sprawiedliwości w Niemczech, szukają pomocy u polskich władz oraz w Parlamencie Europejskim w Brukseli. 30 stycznia Komisja Petycji Parlamentu Europejskiego po raz pierwszy zajęła się skargami czworga Polaków mieszkających w Niemczech, którym niemieckie urzędy utrudniały kontakty lub wręcz zakazywały rozmów w języku polskim ze swoimi dziećmi. Na taką dyskryminację skarżą się już także imigranci z innych krajów. Pokrzywdzeni zrzeszeni w polskim stowarzyszeniu Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci, widząc że nie mogą nic wskórać w sądach niemieckich, bo te całkowicie ignorują ich argumenty, a wysłuchując jedynie racji przedstawianych przez urzędników Jugendamtów, postanowili poszukać sprawiedliwości u polskich władz państwowych i dyplomatycznych, a także w Parlamencie Europejskim. Petycje czworga Polaków, którzy skarżą się na dyskryminację ze strony Jungendamtów, trafiły do Brukseli. W rozmowie z "Samym Życiem" przewodniczący Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego Marcin Libicki (PiS) potwierdził, że rozpatrywane były petycje złożone przez Polaków. Dodał, że kierowana przez niego komisja otrzymała już w tej sprawie opinię niemieckiej ambasady w Brukseli. Marcin Libicki poinformował nas także, że kierowana przez niego komisja czeka jeszcze na opinię w tej sprawie Komisji Europejskiej. Zastrzegł jednocześnie, że nie należy się spodziewać błyskawicznego rozstrzygnięcia. - Zawsze zajmujemy konkretne stanowisko dopiero wtedy, gdy zamykamy spawę, a ta kwestia jest zbyt skomplikowana, zbyt drażliwa i ważna, aby ją można było zamknąć już po jednym posiedzeniu. Przewodniczący Libicki na pytanie, czy kwestią dyskryminacji polskich rodziców przez Jugendamty może zająć się Komisja Europejska, powiedział: "Komisja Europejska zajmuje się problemem w tym sensie, że udziela nam odpowiedzi". My możemy w naszym stanowisku zwrócić się do KE z prośbą, aby komisarz do spraw społecznych próbował problem rozwiązać, jak również możemy się zwrócić do Parlamentu Europejskiego. Polacy, którzy czują się pokrzywdzeni przez Jugendamty, choć ciągle obawiają się głośno skarżyć na złe traktowanie przez niemieckie urzędy, coraz częściej decydują się protestować. W polskim stowarzyszeniu Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci zarejestrowanych jest ponad 20 osób i stale zgłaszają się nowe. Profesor dr Gertrude Lübbe-Wolff, sędzia niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego), w jednej ze swoich publikacji wydanej w Wielkiej Brytanii napisała, że w kwestii zakazywania używania ojczystego języka Niemcy aż 36 razy zostały skazane za łamanie praw człowieka. Mimo to dalej nie respektują postanowień prawa międzynarodowego w tym zakresie. Co na to prawo? Beata Monika Pokrzeptowicz-Meyer,
którą sąd niemiecki pozbawił prawa do opieki nad dzieckiem i oddał je pod
opiekę niemieckiego ojca, w rozmowie z "Samym Życiem" potwierdziła, że
złożyła petycję, gdyż jest przekonana, że w niemieckich sądach nie ma żadnych
szans na wygraną, - Tutaj łamane jest prawo, a urzędnicy zdają sobie z
tego sprawę, że zakazywanie używania ojczystego języka jest niezgodne z
prawem. Mimo to dalej tak postępują - powiedziała.
Wiem też, że nie jest to tylko polski problem, jest to problem międzynarodowy, bo podobne przejawy dyskryminacji dotykają rodziców francuskich, belgijskich czy też włoskich. Te problemy są nie do załatwienia w tym kraju na drodze ugodowej - dodała Beata Pokrzeptowicz-Meyer. Pełnomocnik kilkorga polskich rodziców, berliński adwokat Stefan Hambura, oświadczył w rozmowie z "Samym Życiem", że "zakazy nauki języka i polskiej mowy naruszają prawo unijne, między innymi artykuł 6. Traktatu o Unii Europejskiej (TUE), który mówi o poszanowaniu praw człowieka i podstawowych wolności przez Unię. Naruszone zostają także artykuł 12. Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską (TWE), który zawiera zakaz wszelkiej dyskryminacji ze względu na przynależność państwową, oraz artykuł 21. Karty Praw Podstawowych Unii (KPP), zabraniający dyskryminacji. Narusza to także artykuł 22. KPP, któty mówi wprost o poszanowaniu przez Unię Europejską zróżnicowania językowego. W artykule 149. TWE jest zapis, że poszanowanie odmienności językowej zmierza do rozwoju wymiaru europejskiego w edukacji, zwłaszcza przez nauczanie i upowszechnianie języków państw członkowskich, do których zalicza się oczywiście język polski. Szykanowana, bo... mówi po polsku Szczególnie interesujący jest przypadek Mirosława Michałowskiego. Pokazuje, że niemieckim urzędnikom być może przeszkadza w ogóle nauczanie języka polskiego. Jego kłopoty rozpoczęły się w 2001 roku, kiedy córka Laura, jako że bardzo dobrze zna niemiecki, poprosiła nauczycielkę, aby ta zwolniła ją z dodatkowych lekcji języka niemieckiego na rzecz lekcji chóru (dodatkowe lekcje z niemieckiego prowadzone są dla dzieci imigrantów, które bardzo słabo posługują się językiem niemieckim). Nauczycielka odmówiła. Laura sama zwróciła się do dyrektora szkoły. Ten oświadczył, że dziewczyna musi w zajęciach uczestniczyć, bo inaczej będzie miała kłopoty w nauce. Szczególnie bulwersujący były drugi argument - musi chodzić na lekcje niemieckiego, ponieważ w domu mówi... po polsku. Ojciec, nie widząc sensu w posyłaniu córki na dodatkowe lekcje niemieckiego, postanowił mimo to wysyłać córkę na zajęcia chóru. I rzeczywiście zaczęły się poważne kłopoty. Według informacji Michałowskiego, wychowawczyni klasy w obecności uczniów zbeształa córkę, kazała jej wstać i nazwała wagarowiczem. Zagroziła też, że dziewczyna będzie miała z powodu tych i ewentualnie przyszłych nieobecności kłopoty, a na zajęcia z niemieckiego będzie musiała chodzić tak długo, jak długo w domu będzie mówiła po polsku. Szkoła do tego stopnia zastraszyła Laurę, że ta zaczęła w domu unikać mówienia po polsku. Zdaniem reprezentującego rodzinę Michałowskich adwokata, postępowanie szkoły narusza art. 3, pkt 3 Konstytucji Republiki Federalnej Niemiec, który zakazuje dyskryminacji ze względu na pochodzenie. Dyskryminacja w niemieckich szkołach Mirosław Kraszewski, którego niemiecki sąd pozbawił prawa do opieki nad synem, przyznając je matce (niemieckie obywatelstwo), w rozmowie z nami powiedział, że zna wiele polskich matek samotnie wychowujących dzieci, które chętnie posłałyby swoje pociechy na naukę języka polskiego, ale nie robią tego z obawy o przykre konsekwencje w szkole lub Jugendamcie. Chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, ciągle istnieją w Niemczech szkoły, które na podstawie opinii i zaleceń urzędników, odmawiają prowadzenia nauki języka polskiego. W przypadku Kraszewskiego jego 12-letni syn ku wielkiej uciesze ojca wyraził chęć nauki języka polskiego. Jakież więc było zdziwienie chłopca i jego ojca, gdy szkoła, do której uczęszcza (w Gütersloh), odmówiła zgody. Odmowę dyrekcja placówki lakonicznie skwitowała m.in. właśnie opinią Jugendamtu. Niemieckie szkoły są zobowiązane do zapewnienia nauki w obcym języku, jeżeli znajdzie się 10-15 chętnych uczniów, aby się go uczyć. Placówka jest zobligowana do zapewnienia lektora, zorganizowania takich lekcji i opłacenia wszystkich kosztów. Jeżeli chętnych jest mniej, szkoła musi udostępnić pomieszczenia, ale rodzic musi zapłacić samodzielnie zatrudnionemu lektorowi. I to przyznała sama dyrekcja. Ojciec chłopca zapewnił więc, że będzie sam opłacał lekcje, a na dodatek przyprowadził do szkoły odpowiednio przygotowaną i wykształconą lektorkę języka polskiego. Mimo to szkoła odmówiła zgody na naukę języka polskiego, a podstawa - opinią Jugendamtu. Mirosław Kraszewski wystąpił przeciwko placówce na drogę sądową, oskarżając ją o działania dyskryminujące, polegające na nieuzasadnionym zakazie nauczania języka polskiego. Będzie to pierwszy proces tego typu w powojennej historii Niemiec. Decyzja szkoły jest tym bardziej zastanawiająca - powiedział w rozmowie z nami pełnomocnik Kraszewskiego, mecenas Stefan Hambura, że na dodatkowych lekcjach można w tej szkole uczyć się nawet języka ... orientalnego, ale polskiego nie. Wszechwładne Jugendamty Beata Pokrzeptowicz-Meyer, z zawodu tłumacz przysięgły języka niemieckiego i lektor języka polskiego, pracuje na Uniwersytecie Bielefeld, zwraca uwagę, że Jugendamty to bardzo dziwne instytucje, nie do końca kontrolowane przez państwo, a mające bardzo niechlubną przeszłość. W petycji wystosowanej do Parlamentu Europejskiego napisała m.in.: "Jugendamty zostały ostatecznie ukonstytuowane przez NSDAP, jako lokalne organizacje politycznej kontroli, ucisku i germanizacji dzieci oraz rodzin na terenie Niemiec. Jugendamty selekcjonowały i uprowadzały z Polski rasowo przydatne dzieci do Rzeszy. Po wojnie struktury Jugendamtów nie zostały rozwiązane. Do roku 1952 były one pod kontrolą policji (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) i zatuszowały tożsamość 160 tysięcy uprowadzonych dzieci polskich w rodzinach niemieckich". Według niej, trudności czynione przez Jugendamty w nauczaniu języka i kultury polskiej wynikają z tego, że urzędy te chcą zmuszać do "integracji z narodem niemieckim". "W Polsce rozumie się to jako wynaradawianie (nationale Säuberung)" - podkreśla Pokrzeptowicz-Meyer. Każda władza Landkreisu (odpowiednik polskiego powiatu), a także każda władza wolnych miast (Kreisfreiestädte), np. Hamburg, Berlin, München - w zasadzie wszystkie powyżej 100 tys. mieszkańców) ma obowiązek powołać Jugendamt, instytucję, która jest tak zwanym dwuczłonowym urzędem. Z jednej strony powoływany jest on przez Jugendhilfeausschuss, czyli komisję pomocy młodzieży, w skład której wchodzą wybrani radni gminy, miasta lub województwa, a z drugiej - przez przedstawicieli poszczególnych administracji (wojewódzkich czy też wolnych miast). Do 1952 roku Jugendamty podlegały niemieckiemu MSW, lecz potem stały się jednostkami zależnymi jedynie od lokalnych urzędów, które finansują ich działanie, ale - jak pokazuje praktyka - mają niewielki wpływ na ich działalność. Teoretycznie dużo do powiedzenia ma burmistrz lub odpowiednik polskiego starosty, lecz ze względu na dwuczłonowość tego urzędu władza ta jest symboliczna, a w praktyce decyzje podejmują sami urzędnicy. Ambasada RP oferuje pomoc Mniej ostro, ale dość krytycznie, o Jugendamtach wypowiada się szef Wydziału Knsularnego polskiej ambasady Bogusław Dubiński. W rozmowie z "Samym Życiem" konsul przyznał, że często urzędy te zbyt daleko ingerują w życie obywateli. Polska ambasada zapewnia,
że przyjrzy się każdemu przypadkowi dyskryminowania polskich obywateli.
Bogusław Dubiński za naszym pośrednictwem zwraca się
- Jeżeli istnieją osoby, które mają poczucie dyskryminacji i posiadają jakiekolwiek dokumenty - dowody mogące świadczyć o takich przypadkach, proszę o skontaktowanie się z jakąkolwiek polską placówką dyplomatyczną w Niemczech, niech nas o tym informują. Dyskryminowani Polacy szukają ratunku także u polskich władz. Ale niewiele dotąd zrobiono, jak powiedzieli, bo polskie władze niezbyt chętnie zajmowały się ich problemami. Liczą jednak, że teraz to się zmieni. Waldemar Maszewski |