Rozmowa z Gregorem Plochem, doktorantem na Uniwersytecie Wiedeńskim, przewodniczącym Towarzystwa na rzecz Niemiecko-Polskiego Porozumienia w Münster
Kim jestem? Polakiem, Niemcem czy Ślązakiem?

Publikacja z dwutygodnika 
 Samo Życie nr 12/2007 
www.Samo-Zycie.com
 
Problem tożsamości i świadomości narodowej mieszkańców Śląska był przedmiotem konferencji naukowej, zorganizowanej w Katowicach przez Wydział Teologiczny Uniwersytetu Śląskiego, Stiftung Schlesisches Museum zu Görlitz oraz Towarzystwo na rzecz Niemiecko -Polskiego Porozumienia w Münster.

- W czasie katowickiej konferencji wygłosił pan wykład poświęcony śląskim przesiedleńcom w Niemczech. Myślę, że jest to problem niezwykle interesujący, nadal nie do końca zbadany, dla wielu środowisk także problem sporny.

- Zacznijmy od słownictwa, które bywa przedmiotem licznych nieporozumień. Niemieccy wysiedleńcy, nazywani niekiedy wypędzonymi, to ludność niemiecka, która przymusowo opuściła swoją ojczyznę między rokiem 1944/45 a 1950/51. Natomiast przesiedleńcy, o których będziemy rozmawiać, wyjechali po roku 1950. Oczywiście przesiedleńców nie można mieszać także z emigracją polską lub Polonią.

Po wysiedleniu niemieckiej ludności, na Śląsku pozostało około 300 tysięcy Niemców oraz ponad milion ludzi, określanych
w statystykach jako „autochtoni”. Właśnie o tę tzw. ludność autochtoniczną, czyli Ślązaków o niejasnej przynależności narodowej, przez dziesięciolecia toczył się ogromny spór. Dla ziomkostw oraz wszelkich organizacji wysiedleńców w RFN byli to etniczni Niemcy, natomiast władze polskie, a nawet biskupi śląscy, uważali ich wprawdzie za ludność, mającą odmienną tradycję oraz własny dialekt, ale w gruncie rzeczy za ludność polską. Inaczej mówiąc, chodziło
o to, czy na Śląsku istnieje mniejszość niemiecka oraz jak jest liczna. Miało to ogromny wpływ na problem przesiedleńców.

- Na ogromną skalę dał on znać o sobie w latach siedemdziesiątych...

-  Między rokiem 1970 a 1989 do Niemiec wyjechało około 830 tysięcy osób. Ten fakt zaostrzył spór o egzystencję mniejszości niemieckiej. Zwłaszcza po ratyfikacji traktatu warszawskiego w 1972 roku organizacje wysiedleńców koncentrowały swoje siły na nacisku politycznym, aby rząd RFN wspierał rodaków mieszkających w Polsce, atakowanych przez władze komunistyczne. Bardzo nerwowo reagowały na to nie tylko władze PRL-u, ale także władze kościelne. W 1974 roku katowicki biskup Herbert Bednorz wystosował list pasterski, apelujący do wiernych o pozostanie w ojczyźnie i niewyjeżdżanie za granicę w celach materialnych. Najostrzej wypowiedział się na ten temat prymas Glemp. W homilii wygłoszonej na Jasnej Górze 15 sierpnia 1984 roku – jedynej homilii, w której poruszył tematykę mniejszości niemieckiej – zakwestionował przynależność Ślązaków do narodu niemieckiego. Jego zdaniem przynależność jednostki do danego narodu była bowiem związana ze znajomością i kultywowaniem języka oraz kultury tego narodu. Prymas zmienił wprawdzie zdanie po spotkaniu z przedstawicielami Polonii ze Związku Radzieckiego, która z oczywistych względów nie władała językiem polskim, lecz wcześniejsza krytyka negatywnie odbiła się na psychice wyjeżdżających Ślązaków, którzy praktycznie musieli czuć się jak zdrajcy.

- Jakie powody wyjazdu podawali oni sami?

- Na początku lat 80. przeprowadzono sondaże, w których kwestię materialną przesiedleńcy podawali jako ostatnią. Wśród czynników motywujących do wyjazdu często pojawiało się życzenie, aby móc żyć jako Niemiec wśród Niemców. Socjologowie dostrzegli, że w większości przypadków nie było jednego powodu, lecz cała mieszanka. Niestety, proces przesiedleń nie był przedmiotem poważnych badań naukowych, rozpatrujących to zjawisko w szerszym kontekście i można powiedzieć, że stanowi do dziś "białą plamę". Znamy jedynie wyniki sondaży oraz dane statystyczne, z których wynika, że objął on ogółem aż 1.300 tysięcy osób.

- Jak ludzie ci zostali przyjęci w Niemczech?

- Różnie. Bywało, że i nieprzychylnie. Tutaj uważano ich za Polaków, w Polsce byli Niemcami bądź kimś o nieokreślonej przynależności, stali więc między młotem a kowadłem, między dwiema ojczyznami, jednocześnie czując się przynależnym do obu i dystansując się od nich.

Warto wspomnieć, że niemieccy wysiedleńcy z lat 1945 - 1950 po przyjeździe na Zachód również traktowani byli jak Polacy! Oni jednak doskonale znali język, byli wychowani w kulturze niemieckiej, a zatem szybko się zaaklimatyzowali. Z naszymi przesiedleńcami było inaczej. Ich "językiem serca" był polski, często w ogóle nie mówili po niemiecku lub mówili źle, tymczasem oczekiwano od nich, że skoro czują się Niemcami, mają mówić po niemiecku i przybierać zachodnioniemieckie tradycje. W ten sposób postawieni pod mur, nie chcieli zostać zauważeni i stawali się "szeptaczami". Młodzież często przyjeżdżała wbrew swojej woli, razem z rodzicami, nie powinno więc dziwić, że niekiedy doznawała większego szoku niż dorośli. Stwierdzono, że młodzi Ślązacy nierzadko zamykali się wyłącznie we własnym gronie, gdyż czuli się niepewnie wobec miejscowego środowiska.

Oczywiście wiele zależało od wykształcenia, otoczenia czy chęci uczenia się języka. Jednak mimo wszystko integracja tej ludności przebiegała zdecydowanie mniej konfliktowo, niż było to w przypadku przesiedleńców z byłych krajów ZSRR, którzy przybyli z zupełnie innego świata kulturowego.

- Częścią zjawiska była także integracja religijna, zagadnienie, które interesuje pana szczególnie.

- Problem integracji religijnej jako pierwszy dostrzegł kościół ewangelicki, choć wśród przesiedleńców więcej było katolików. Diecezja w Essen, obejmująca prawie cały teren Zagłębia Ruhry, w roku 1985 wypracowała koncept duszpasterski, który obszernie analizował skutki masowych przyjazdów tej ludności. Stwierdzono w nim, że są dwie grupy przesiedleńców. Pierwsza zna na tyle niemiecką tradycję kościelną i włada językiem, że bez problemu włącza się w życie parafii. Niestety była to nieliczna garstka ludzi. Dla większości wszystko było tu obce: chłodna architektura, "protestancki" racjonalizm wiary, obce pieśni i obyczaje. Problemem był fakt, że wśród duchowieństwa także panowało przekonanie, że przesiedleńcy - skoro czują się Niemcami - powinni przyzwyczajać się do panujących tu zwyczajów. Prawie żadnemu proboszczowi nie przyszło na myśl, aby wyjść tym ludziom naprzeciw, wprowadzając na przykład elementy liturgiczne znane na Śląsku.

Niepewni przesiedleńcy wprawdzie licznie uczęszczali na msze, lecz po ich zakończeniu natychmiast udawali się do domów, nie włączając się w rozmowy, nie zachodząc na popularną "kawę parafialną". Nawet próby katolickich organizacji wysiedleńców, które chciały zaopiekować się przesiedleńcami, praktycznie zakończyły się fiaskiem.

Z drugiej strony trzeba podkreślić, że to właśnie śląscy przesiedleńcy, jak mało kto wpłynęli na życie religijne w Niemczech. Przejeżdżając przez Zagłębie Ruhry nie napotka się parafii, która nie byłaby pod jakimś ich wpływem. Przez ich działalność w latach 90. zaczęło rodzić się zaciekawienie Polską, ale też w tym czasie przesiedleńcy nie byli już pod taką presją polityczną jak za czasów komunizmu, gdy musieli się ukrywać.

Dziś można odczuć pewien rodzaj odrodzenia, "szeptacze" praktycznie zniknęli z ulic, przesiedleńcy często jeżdżą na Śląsk, podkreślając, że chcą tam kiedyś wrócić. Grupa ta została zauważona dzięki sławnym przedstawicielom, choćby ze świata sportu.

W czasie piłkarskich Mistrzostw Świata, przed meczem Polska - Niemcy zapytałem jednego z przyjaciół, której z drużyn będzie kibicował. Zaśmiał się i odpowiedział: "Jakie to ma znaczenie i tak wygrają nasi".

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał:

Marek Ciepliński