Długie wakacje Huberta Krupy
Wyjechał z rodzicami ze Staniszcz Wielkich, gdy miał 17 lat. Wtedy nikt nie pytał go o zdanie. Teraz chce odzyskać polskie obywatelstwo

Publikacja z dwutygodnika 
 Samo Życie nr 14/2007 
www.Samo-Zycie.com
 
Za szybą samochodu migotały domy dawnych kolegów. Zdawało mu się, że ogląda film na szybko przewijanej taśmie. Widział rzeczkę, nad którą przesiadywał wieczorami. Uśmiechnął się w miejscu, gdzie po raz pierwszy spadł z roweru i bał się wrócić do domu z krwawiącym kolanem. Popatrzył na łąki, po których biegał w krótkich spodenkach. 

Wszystko to działo się ponad ćwierć wieku temu. Hubert Krupa miał wtedy 17 lat. Jechał z rodzicami w kierunku niemieckiej granicy. Po raz ostatni spojrzał na drzewo, które pamiętało jego dziecięce szaleństwa. Miało na zawsze pozostać słodką tajemnicą. Postanowił jednak pokazać je siostrze Róży, zanim auto minęło tablicę: "Staniszcze Wielkie".

W miejscowej szkole pozostało wiele pustych miejsc po dziewczynach i chłopakach, którzy opuszczali z rodzinami Polskę. Najczęściej decyzja o emigracji była do ostatniego dnia utrzymywana w sekrecie. Nauczycielka kiwała tylko głową, słysząc pytania, czy to prawda, że po wakacjach ubędą następni. Ale uczniowie i tak wiedzieli swoje.

Postawny, 45-letni mężczyzna świetnie mówi po polsku. - Trudno było zapomnieć języka, bo z biegiem lat w fabryce było coraz więcej rodaków, którzy przyjeżdżali zarobić prawdziwe pieniądze - śmieje się pan Hubert. - Kilku z mojej wsi też się przewinęło.

Kupił mieszkanie niedaleko rodziców w okręgu przemysłowym Karlsruhe. Wystarczyło przejść trzydzieści kroków, aby dotrzeć na obiad i kawę przy rodzinnym stole. Od poniedziałku do piątku siadał za kierownicą i jechał 120 kilometrów do pracy. Tak samo dzień w dzień, przez 22 lata. Nocna zmiana w firmie Mercedesa gwarantowała stabilizację, ale wymarzone eldorado rodziców nie było jego przystanią. Miał wszystko, lecz czuł się obco. Nie było tu dla niego miejsca. Ciągle dopadały go jakieś bóle. Coraz częściej myślał o Staniszczach, gdzie krajobraz nie składał się z betonu i stali.

Żeby choć na chwilę oderwać się od codzienności, znalazł nową pasję - łowiectwo. Gdy pierwszy raz wszedł do lasu, odetchnął głęboko pełną piersią. Nadal brakowało mu zapamiętanych z dzieciństwa zapachów, ale wśród olbrzymich drzew odzyskał kawałek wolności.

Dla mamy Huberta świat zawalił się kilka lat temu. - Koło dziesiątej wieczorem telefonowała córka - wspomina kobieta. - Prosiła, żebym położyła się wcześniej spać.

To była ich ostatnia rozmowa. Róża już się nie obudziła.

Hubert pomógł rodzicom posklejać pęknięte nagle życie. Zrozumiał wówczas, że musi też zrobić coś ze swoim. W 2006 roku przyjechał do Staniszcz Wielkich. Zamieszkał w tym samym domu, który opuścił 26 lat temu. Matka pokazała mu pokój, w którym się urodził.

- Nawet powietrze jest lepsze niż w Niemczech - przekonuje pan Hubert. - I sąsiedzi tak samo gościnni jak dawniej. Czasami wydaje mi się, że wróciłem z długich wakacji. Bardzo długich.

Kilka dni temu przyjechali do Krupy w odwiedziny rodzice.

- Tęsknię za nim, ale widać tak miało być - mówi mama. - Teraz najważniejsze dla syna jest odzyskanie polskiego obywatelstwa. 25 lat temu musiałam się zrzec
w jego imieniu, bo był niepełnoletni.

Pan Hubert jest pełen wiary i optymizmu. Uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Złożył już dokumenty w starostwie.

- Gdy tylko otrzymam obywatelstwo, rozpocznę działalność gospodarczą - planuje. - Mam wiele pomysłów, a wszystkie dolegliwości przeszły mi jak ręką odjął.

Mówi, że nawet lasy otaczające rodzinny dom Krupów są ciagle takie same. I pachną tak samo - jak w czasach jego dzieciństwa.

Agnieszka Malik