Jest taki klub w Berlinie
U "polskich nieudaczników"

Publikacja z dwutygodnika 
Samo Życie nr 23/2005 (11.-25.11.05)
www.prenumerata.de
 
Nieudacznik to ktoś mało ciekawy, mało zaradny, któremu po prostu nic w życiu nie wychodzi. Przesiedleńcom i emigrantom z Polski kojarzy się z kimś, kto nie potrafił znaleść się w wolnorynkowej rzeczywistości. A takich w polonijnym środowisku spotkać można wielu.

Jednak nieudacznictwo nie musi wcale kojarzyć się negatywnie. Nieudacznikiem może być ktoś, kto nie chce, np. za wszelką cenę ulegać wymogom komercji i trendom. Chce natomiast pozostać sobą. Za wszelką cenę. 

Kilku takich właśnie nieudaczników, dziwnym zbiegiem przypadków (a może Opatrzności) "trafiło" na siebie w Berlinie na początku lat 90. Obserwując się nawzajem, uświadomili sobie swoje nieudacznictwo. Bo to jest tak, jak z alkoholizmem. Pierwszym etapem leczenia jest powiedzenie sobie i środowisku: "Jestem alkoholikiem". Te dwa słowa, wypowiedziane w grupie swojaków, stają się początkiem „nowego życia”, bez kropelki. Wypowiedzenie tych słów wymaga jednak odwagi. 

Berlińscy Nieudacznicy ją mieli. Potrafili powiedzieć: "Jesteśmy nieudacznikami!". Ale wcale nie zależało im na poddaniu się nowoczesnej terapii i dostosowywaniu do przewidzianych ustawą i dobrymi obyczajami kanonów współżycia. Wszystkiemu na przekór pomyśleli: "Dlaczego to świat nie może dostosować się do nas?!"

Stworzyli więc swój mały nieudacznikowy światek, wyciągając z ukrycia podobnych sobie. Kiedy poczuli się wystarczająco silni, ogłosili całemu światu epokowe dzieło - "Manifest Nieudacznika!, w którym zawarli swoje życiowe credo. Zaczęli wydawać nieudacznikowy organ prasowy "Kolano2. Pismo ukazuje się nieregularnie, w zależności od chęci, nastroju, tekstów i pieniędzy. Powstała "Biblioteka Kolana", w której nieudacznikowi literaci prezentują twórczość wszelaką. W 2000 roku zmobilizowali się? i zarejestrowali sądownie swoją działalność. Był to nie lada wyczyn. Trzeba było napisać statut, podanie, sporo innych pism, i udać się z tym wszystkim do sądu. Brrrr... 

Kryteria przyjęcia do Zwięzku Polskich Nieudaczników były przejrzyste: wykształcenie obojętne (oblana matura mile widziana), conajmniej dwa życiowo-strategiczne niepowodzenia (rodzinne lub zawodowe), reprezentowanie aktywnego typu nieudacznictwa, tj. uparte robienie "głupich" i nikomu niepotrzebnych rzeczy.

Zaczęli organizować spotkania, wieczory półliterackie i nie zawsze kulturalne. Udali się nawet na Targi Książki do Frankfurtu, gdzie w sposób niezwykle oryginalny (aczkolwiek nielegalny) starali się popularyzować "Bibliotekę Kolana". Redakcja polska radia "Multikulti" zaprosiła ich do przygotowywania cyklicznej audycji. Tak powstał magazyn "Gauloises Golana", nadawany w każdy trzeci piątek miesiąca. 

O Nieudacznikach zaczęło być głośno. Ba, nawet Alfred Biolek zaprosił ich do swojego talk show.

We wrześniu 2001 roku, w dzielnicy Prenzlauer Berg przy Torstrasse, wynajęli pomieszczenie, w którym otworzyli pierwszy w Niemczech, i chyba na świecie, Klub Polskich Nieudaczników (Club der polnischen Versager). W rozwój Klubu włożyli cały swój nieudacznikowy zapał.

Pomieszczenia Klubu nie prezentują się imponująco. Są, najprościej mówiąc, zwyczajne i urządzone bez gustu. Fotele, kanapy, stoły i regały przyniesione zostały prawdopodobnie ze Spermühlu. Przyznać jednak trzeba, iż siedziska są wygodne, stoły zaś... w sam raz na jedno lub dwa piwa. Zresztą, oprócz piwa, niewiele pozycji znajduje się w menu. A i piwa wybór raczej skromny. Kto chciałby zaprzątać sobie głowę taką drobnostką jak "menu" w lokalu. Przecież do "Nieudaczników", przychodzi się przede wszystkim porozmawiać, posprzeczać, pofilozofować. Picie piwa jest czynnością czysto towarzyszącą.

Ambasador polskiej kultury

Klub Polskich Nieudaczników, po czterech latach funkcjonowania, na stałe wrósł w krajobraz kulturalny Berlina. Działa tutaj teatr, który ma już na koncie trzy premiery ("Babcia Zosia", "Ciocia Leosia" i "Dziadek Stanisław"), kilka zespołów grających muzykę niszową, tzn. taką, którą jest w stanie słuchać jedynie garstka wybrańców. Mają na koncie również kilka filmów, w tym paradokument "Rozszerzanie Morza Bałtyckiego". W Klubie odbywa się około 20 imprez miesięcznie. Są to koncerty, spektakle, happeningi, wieczory literackie (raz bardziej, raz mniej poważne), projekcje filmów, wystawy, promocje i odczyty (w różnych językach). Nieudacznicy organizują również sporo niekonwencjonalnych przedsięwzięć. 

Mówi się w Berlinie, i nie tylko, że grupka Nieudaczników stała się (zupełnie przypadkiem i niezamierzenie) największym ambasadorem polskiej kultury w Niemczech. Przy nich Polski Instytut Kultury (placówka powołana przez polski MSZ w celu popularyzowania polskiej kultury w Niemczech) wydaje się raczkującym bobaskiem. Tak mówią niektórzy.

Lokal Nieudaczników czynny jest codziennie, oprócz niedzieli, od 20.00 do późnych godzin nocnych (czasem rannych). Drzwi stoją otworem dla wszystkich. Polonusów i nie tylko. Zresztą obecnie ponad połowa bywalców to... nie-Polacy. Trafiają tu w różny sposób. Piotr Mordel (jeden z Nieudaczników) tłumaczy: "Ludzi intryguje nazwa. Patrzą na szyld, śmieją się, fotografują, a potem wchodzą do środka i... zostają. Bo jak tu nie zostać w Klubie Polskich Nieudaczników". 

Być może wielu z nich odkrywa tam swoje miejsce. Stolik specjalnie przygotowany, kanapa lub fotel. No i sami Nieudacznicy, którzy wciąż opowiadają o swoich nieszczęściach, a przy tym snują niby nierealne plany podboju świata i są bardzo pociągający.

Po kilku wizytach w Klubie przyznać należy, że "w tym szaleństwie jest metoda". Będąc w Berlinie, warto z pewnością odwiedzić lokal tych "odważnych" ludzi. A może nawet spróbować zapisać się do ich związku. Sam, od pewnego czasu, noszę się z takim zamiarem. Odpowiadam nawet kryteriom. Maturę wprawdzie zdałem, ale studia już ponad dziesięć lat ciągnę. Życiowo - strategiczne niepowodzenia..., ba, żeby to jedno. A co do punktu trzeciego: o upartym robieniu rzeczy "głupich", świadczy chociażby to moje pisanie. Komu ono potrzebne?

Jestem Nieudacznikiem!

Leonard Paszek