| Jest taki klub w
Berlinie
U "polskich nieudaczników" |
Nieudacznik
to ktoś mało ciekawy, mało zaradny, któremu po prostu nic w życiu nie wychodzi.
Przesiedleńcom i emigrantom z
Polski kojarzy się z kimś, kto nie potrafił znaleść się w wolnorynkowej
rzeczywistości. A takich w polonijnym środowisku spotkać można wielu.
Jednak nieudacznictwo nie musi wcale kojarzyć się negatywnie. Nieudacznikiem może być ktoś, kto nie chce, np. za wszelką cenę ulegać wymogom komercji i trendom. Chce natomiast pozostać sobą. Za wszelką cenę. Kilku takich właśnie nieudaczników, dziwnym zbiegiem przypadków (a może Opatrzności) "trafiło" na siebie w Berlinie na początku lat 90. Obserwując się nawzajem, uświadomili sobie swoje nieudacznictwo. Bo to jest tak, jak z alkoholizmem. Pierwszym etapem leczenia jest powiedzenie sobie i środowisku: "Jestem alkoholikiem". Te dwa słowa, wypowiedziane w grupie swojaków, stają się początkiem nowego życia, bez kropelki. Wypowiedzenie tych słów wymaga jednak odwagi. Berlińscy Nieudacznicy ją mieli. Potrafili powiedzieć: "Jesteśmy nieudacznikami!". Ale wcale nie zależało im na poddaniu się nowoczesnej terapii i dostosowywaniu do przewidzianych ustawą i dobrymi obyczajami kanonów współżycia. Wszystkiemu na przekór pomyśleli: "Dlaczego to świat nie może dostosować się do nas?!" Stworzyli więc swój mały nieudacznikowy światek, wyciągając z ukrycia podobnych sobie. Kiedy poczuli się wystarczająco silni, ogłosili całemu światu epokowe dzieło - "Manifest Nieudacznika!, w którym zawarli swoje życiowe credo. Zaczęli wydawać nieudacznikowy organ prasowy "Kolano2. Pismo ukazuje się nieregularnie, w zależności od chęci, nastroju, tekstów i pieniędzy. Powstała "Biblioteka Kolana", w której nieudacznikowi literaci prezentują twórczość wszelaką. W 2000 roku zmobilizowali się? i zarejestrowali sądownie swoją działalność. Był to nie lada wyczyn. Trzeba było napisać statut, podanie, sporo innych pism, i udać się z tym wszystkim do sądu. Brrrr... Kryteria przyjęcia do Zwięzku Polskich Nieudaczników były przejrzyste: wykształcenie obojętne (oblana matura mile widziana), conajmniej dwa życiowo-strategiczne niepowodzenia (rodzinne lub zawodowe), reprezentowanie aktywnego typu nieudacznictwa, tj. uparte robienie "głupich" i nikomu niepotrzebnych rzeczy. Zaczęli organizować spotkania, wieczory półliterackie i nie zawsze kulturalne. Udali się nawet na Targi Książki do Frankfurtu, gdzie w sposób niezwykle oryginalny (aczkolwiek nielegalny) starali się popularyzować "Bibliotekę Kolana". Redakcja polska radia "Multikulti" zaprosiła ich do przygotowywania cyklicznej audycji. Tak powstał magazyn "Gauloises Golana", nadawany w każdy trzeci piątek miesiąca. O Nieudacznikach zaczęło być głośno. Ba, nawet Alfred Biolek zaprosił ich do swojego talk show. We wrześniu 2001 roku, w dzielnicy Prenzlauer Berg przy Torstrasse, wynajęli pomieszczenie, w którym otworzyli pierwszy w Niemczech, i chyba na świecie, Klub Polskich Nieudaczników (Club der polnischen Versager). W rozwój Klubu włożyli cały swój nieudacznikowy zapał. Pomieszczenia Klubu nie prezentują się imponująco. Są, najprościej mówiąc, zwyczajne i urządzone bez gustu. Fotele, kanapy, stoły i regały przyniesione zostały prawdopodobnie ze Spermühlu. Przyznać jednak trzeba, iż siedziska są wygodne, stoły zaś... w sam raz na jedno lub dwa piwa. Zresztą, oprócz piwa, niewiele pozycji znajduje się w menu. A i piwa wybór raczej skromny. Kto chciałby zaprzątać sobie głowę taką drobnostką jak "menu" w lokalu. Przecież do "Nieudaczników", przychodzi się przede wszystkim porozmawiać, posprzeczać, pofilozofować. Picie piwa jest czynnością czysto towarzyszącą. Ambasador polskiej kultury Klub Polskich Nieudaczników, po czterech latach funkcjonowania, na stałe wrósł w krajobraz kulturalny Berlina. Działa tutaj teatr, który ma już na koncie trzy premiery ("Babcia Zosia", "Ciocia Leosia" i "Dziadek Stanisław"), kilka zespołów grających muzykę niszową, tzn. taką, którą jest w stanie słuchać jedynie garstka wybrańców. Mają na koncie również kilka filmów, w tym paradokument "Rozszerzanie Morza Bałtyckiego". W Klubie odbywa się około 20 imprez miesięcznie. Są to koncerty, spektakle, happeningi, wieczory literackie (raz bardziej, raz mniej poważne), projekcje filmów, wystawy, promocje i odczyty (w różnych językach). Nieudacznicy organizują również sporo niekonwencjonalnych przedsięwzięć.
Lokal Nieudaczników czynny jest codziennie, oprócz niedzieli, od 20.00 do późnych godzin nocnych (czasem rannych). Drzwi stoją otworem dla wszystkich. Polonusów i nie tylko. Zresztą obecnie ponad połowa bywalców to... nie-Polacy. Trafiają tu w różny sposób. Piotr Mordel (jeden z Nieudaczników) tłumaczy: "Ludzi intryguje nazwa. Patrzą na szyld, śmieją się, fotografują, a potem wchodzą do środka i... zostają. Bo jak tu nie zostać w Klubie Polskich Nieudaczników". Być może wielu z nich odkrywa tam swoje miejsce. Stolik specjalnie przygotowany, kanapa lub fotel. No i sami Nieudacznicy, którzy wciąż opowiadają o swoich nieszczęściach, a przy tym snują niby nierealne plany podboju świata i są bardzo pociągający. Po kilku wizytach w Klubie przyznać należy, że "w tym szaleństwie jest metoda". Będąc w Berlinie, warto z pewnością odwiedzić lokal tych "odważnych" ludzi. A może nawet spróbować zapisać się do ich związku. Sam, od pewnego czasu, noszę się z takim zamiarem. Odpowiadam nawet kryteriom. Maturę wprawdzie zdałem, ale studia już ponad dziesięć lat ciągnę. Życiowo - strategiczne niepowodzenia..., ba, żeby to jedno. A co do punktu trzeciego: o upartym robieniu rzeczy "głupich", świadczy chociażby to moje pisanie. Komu ono potrzebne? Jestem Nieudacznikiem! Leonard
Paszek
|