Michał Nocoń - aktor, reżyser, pedagog

Życie na scenie

Teatr, który zbliża ludzi i narody, walczy z zakorzenionymi stereotypami


Publikacja z dwutygodnika 
 Samo Życie nr 14/2006 
www.Samo-Zycie.com
 
O Michale Noconiu słyszałem już wcześniej co nieco; reżyser, aktywny... W lutym tego roku, proponując mu napisanie artykułu "Karol Wojtyła i teatr" do przygotowywanego wydawnictwa, poznałem go bliżej. W czasie pierwszej telefonicznej rozmowy powiedział, że z Karolem Wojtyłą łączy go pewna... sprzeczność.

Późniejszemu papieżowi wszyscy wróżyli, że będzie człowiekiem teatru, a on został człowiekiem Kościoła. Z nim było odwrotnie: ciotki przepowiadały, że będzie księdzem, a on został aktorem i reżyserem. Poza tą sprzecznością łączy ich miłość do teatru.

Dla Michała Noconia, tak samo jak dla Karola Wojtyły, teatr to swego rodzaju świętość. To ciągłe poszukiwanie własnej drogi i nowe wyzwania. Wbrew wielu powszechnym opiniom zdecydowanie twierdzi, że podstawą aktorstwa jest człowiek. - Prawda już zapomniana. Dzisiaj, dla wielu, podstawą aktorstwa jest technika. Teza ta jest niestety, bardzo gruntownie przerabiana w obecnym systemie kształcenia tego zawodu – powiedział w jednej z naszych rozmów.

Michał Nocoń do Niemiec przyjechał w 1988 roku i został gościnnym docentem na Uniwersytecie w Köln. Wcześniej związany był z krakowskim środowiskiem teatru alternatywnego "KTO", gdzie zagrał w 650 przedstawieniach.
W 1989 roku wraz ze studentami zrobił w Köln pierwszy spektakl - "Das Paradies" według tekstów Janusza Głowackiego. Już wtedy miał ukształtowaną wizję aktorstwa oraz swojej teatralnej drogi. Zauważył, że Niemcy nie rozumieją polskiego teatru oraz z bardzo niewielkimi wyjątkami polskiej literatury w ogóle, czyli tego wszystkiego, co on ukochał. Pozostając w Niemczech postanowił, że przybliży polską kulturę niemieckiemu odbiorcy. Od podjęcia tej decyzji zaczęła się dla niego przysłowiowa „droga przez mękę”. Podjęte wyzwanie kontynuował jednak konsekwentnie.

Mając dyplom reżysera oraz pedagoga, stworzył niedaleko Köln "Actors’ Studio Pulheim". W statucie placówki znalazł się zapis o prowadzeniu działalności dydaktycznej. Szybko więc wokół Noconia zgromadziło się wielu młodych, nie tylko Niemców, pragnących zdobyć wykształcenie aktorskie. Do pracy ze studentami ściągał polskich reżyserów, aktorów i nauczycieli akademickich. Od początku starał się szukać miejsc wspólnych dla niemieckiego i polskiego teatru. Wielu studentów wysyłał na praktyki do Polski, m.in. do Krakowa.

Oczywiście jego poczynania nie były i nie są pozbawione sprzecznych osądów i opinii. Trudno przecież przezwyciężyć zakorzenione od lat stereotypy.

Wraz ze studentami z Pulheim zrealizował ponad 40 spektakli i projektów teatralnych. Pierwszym przedstawieniem był "Ślub" Witolda Gombowicza, który grany był z wielkim powodzeniem przez trzy lata w całych Niemczech. Później przerabiali m.in. "Iwonę księżniczkę Burgunda", "Antygonę", teksty Wisławy Szymborskiej, Janusza Głowackiego, Sławomira Mrożka, Bruno Schulza. Powstało również kilka spektakli w oparciu o teksty samego Michała Noconia.

W 1994 roku zrealizował bodaj najodważniejszy projekt. Wraz ze studentami z Pulheim oraz Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie wystawił polsko-niemieckie "Wesele-Hochzeit" według znanego dramatu Stanisława Wyspiańskiego. Po raz pierwszy w historii teatru polskiego i niemieckiego młodzi aktorzy polscy i niemieccy mieli wspólnie konfrontować swoje aktorskie umiejętności w dwujęzycznym projekcie, który miał stać się "ćwiczeniem z zakresu uczuć", jak powiedział o spektaklu profesor Jerzy Stuhr, który był współreżyserem przedsięwzięcia. Na scenie doszło do niezwykłego spotkania: 20 aktorów niemieckich, 16 studentów Szkoły Teatralnej z Krakowa, 140 tancerzy z niemieckich szkół baletowych tańczących krakowiaka i... 136 minut polsko-niemieckiego "Wesela".

Wydarzenie to nie mogło przejść bez echa. Studio Noconia zaczęło stopniowo przekształcać się w Niemiecko-Polski Instytut Prac Teatralnych, a spektakle z udziałem studentów brały udział w międzynarodowych festiwalach.

Nocoń niemiecko-polskie zbliżanie kultur oraz łamanie stereotypów uznał za swoją emigracyjną misję. W 1997 roku, odpowiadając niejako na niesmaczne żarty Haralda Schmidta z niemieckiej telewizji SAT 1, zrealizował spektakl o przydługim, lecz wymownym tytule: "Harry Heine und Schmidt Satt Eins, oder ein slawisches Grenzvolk an der Pforte zur germanischen Welt". Widowisko oparte było na tekstach Heinricha Heine. Ośmieszał Schmidta, jak Schmidt ośmiesza Polaków. Bardzo trudnym od strony realizatorskiej pomysłem było wystawienie w 2004 roku "Króla Maciusia I" z udziałem uczniów pobierających naukę języka polskiego w niemieckich szkołach. Projekt okazał się ogromnym sukcesem. Na scenie wystąpiło 46 młodych aktorów, a na widowni zasiadło ponad 900 widzów.

Trudno wymienić choćby część przedsięwzięć, w które zaangażowany był i jest Michał Nocoń. Współpraca z Jerzym Stuhrem, autorskie projekty międzynarodowe w Polsce (Kudowa Zdrój), Szwajcarii, Wielkiej Brytanii oraz w Niemczech. Nocoń za wszelką cenę stara się przy tym realizować swoje, czasami szalone, pomysły. A od pomysłu do spektaklu droga daleka. Aby zdobyć środki na realizację, trzeba niejednokrotnie wyważać wiele drzwi, pukać do wielu okien.

Przygotowanie projektu, załatwianie formalności i przekonywanie potencjalnych sponsorów zajmują mu dwie trzecie czasu, który mógłby twórczo wykorzystać. Taki jest jednak los tych, którzy idą własną, indywidualną drogą. Nocoń nie ma sekretariatu, zespołu ludzi, który odebrałby mu pracę nad formalnym przygotowaniem pomysłów. Kroczy więc sam tą "cierniową drogą".

Na sztukę niekomercyjną, a w szczególności pokazującą polskie dziedzictwo kulturowe, nie ma ani popytu, ani dużych pieniędzy. Kto jednak z nią się styka, pozostaje długo pod jej wrażeniem. Nagrodą dla twórcy jest reakcja widza. Burza braw, jak na przykład po przedstawieniu "Die Republik der Träume" (Republika marzeń) według Bruno Schulza. Spektakl ten grała w maju tego roku grupa studentów różnych narodowości z Uniwersytetu w Düsseldorfie na deskach düsseldorfskiej FTT Kammerspiele.

Chociaż wielu Niemców jest zdania, że polska piłka nożna jest do niczego, a Witze Haralda Schmidta są super, nie brakuje takich, którzy dzięki Michałowi Noconiowi odkryli i zachwycili się polską sztuką.

Leonard Paszek