Panny służebne, albo..
Świątek, piątek i w niedzielę, dwanaście i więcej godzin dziennie za... dwieście euro miesięcznie

Publikacja z dwutygodnika 
Samo Życie nr 1/2005 (08.01.05-21.01.05)
www.prenumerata.de
 
Ela z Dolnego Śląska - jedna z wielu Polek na "putzce"

Przepracowane, zabiegane, niepewne, czy obecne zajęcie będzie jeszcze za tydzień aktualne, czy kierowani bezinteresowną zawiścią życzliwi rodacy nie doniosą o niezbyt legalnym charakterze ich pracy do odpowiednich urzędów.
I jeszcze towarzyszące temu wszystkiemu poczucie upokorzenia przy poszukiwaniu pracy. One tylko wiedzą, jak często padają ofiarą zboczeńców, którzy za pośrednictwem anonsów prasowych chcą zwabić do siebie bezbronne i samotne na ogół kobiety. A przecież, mimo tych stressów, na co dzień są w kontaktach ze znajomymi uśmiechnięte i pogodne.

Podziwiam je, te polskie "panny służebne", jak kiedyś żartobliwie nazwałem Polki trudniące się w Niemczech opieką nad domostwami ludzi starszych, samotnych, czy też pomagające zapracowanym rodzinom w prowadzeniu domu i czuwaniu nad dziećmi. Zasługują w każdym razie na upamiętnienie. 

Kim są, o czym marzą, co sądzą o sobie i otoczeniu, w którym przyszło im żyć i pracować?

Ela, którą przypadkowo poznałem we Frankfurcie nad Menem, jest jedną z nich. Właściwie nie jest nawet Elą, jest symbolem, uogólnieniem jednostkowych losów wielu Polek, które z różnych powodów, najczęściej dla poprawienia swej sytuacji materialnej, opuściły dom rodzinny nad Odrą i Wisłą. Ten dom jednak pozostał w codziennych wspomnieniach, niejednokrotnie ma materialne cztery ściany gdzieś w Kłodzku, Wrocławiu, pod Gdańskiem czy w Chorzowie. W tych ścianach często czeka na powrót córki samotna matka - jak w wypadku Eli - lub innym razem schorowany ojciec, a nawet, często, nieletnie dziecko. 

Powrót... Nawet odwiedziny z okazji tradycyjnych świąt nie zawsze są możliwe, choć tęsknota i porywy serca trudne są do zagłuszenia i jeszcze bardziej wzmacniają poczucie winy w stosunku do najbliższych.

Nie są podlotkami. Nierzadko mają już za sobą doświadczenia rodzinno-zawodowe. W większości posiadają świadectwa ukończenia szkół, a nawet dyplomy wyższych uczelni. Ela ma dyplom technikum chemicznego ze specjalnością "aparatowy procesów chemicznych", czyli mówiąc ludzkim językiem - laborant. Nigdy jednak nie pracowała w swoim zawodzie. Znalazła zatrudnienie w produkującym wyroby ze srebra "Agacie", była rachmistrzem w PSS, nie obca jest jej również gastronomia. Prywatyzacja, polskie przeobrażenia gospodarcze dosięgły i ją. Została bez pracy. Wprawdzie dzieciom powodzi się nieźle, bo syn pracuje w Niemczech jako kierowca tirów, a córka jest cenioną specjalistką w centrali marketingu zagranicznego koncernu w Warszawie. Śmierć męża i usamodzielnienie się dzieci stanowiły jednak dodatkowy bodziec dla czterdziestokilkuletniej kobiety, aby samodzielnie o sobie decydować, a nie stać się ciężarem dla rodziny. Tym bardziej, że Ela nie wyobraża sobie życia bez pracy. - Już prędzej bez meżczyzny - dodaje z uśmiechem, choć samotność, też nie jest jej życiowym marzeniem. 

Pracowała więc dwa lata, po cztery miesiące w roku, w Hiszpanii przy zbiorach truskawek. Od dwóch lat jest we Frankfurcie nad Menem. Ściągnęła ją koleżanka szkolna. Nie zastanawiała się długo. W Polsce była nadal bez pracy i nic nie zapowiadało w dolnośląskich miasteczkach nagłego zapotrzebowania na bezrobotne kobiety. A tu - syn mieszka w pobliżu, często odwiedza mamę, na wolne niedziele zabiera ją do siebie do Mannheim. No i jest praca, prawie stałe zapotrzebowanie na opiekunki czy gosposie, choć trzeba się za tym dobrze nabiegać. 

Bolą nogi od pracy na stojąco, w ciągu dnia wielokrotnie trzeba zmieniać miejsca zajęć, odległe od siebie nieraz o wiele kilometrów. Nie jest to stanie w białym kitlu przy laboratoryjnym stole. Ale gdy się jest solidnym i odpowiedzialnym, można zarobić i odłożyć trochę pieniędzy na spełnienie późniejszych marzeń. 

Ela nie narzeka na pracę, mogło być gorzej. Wyprowadzanie psów na spacerek, zrobienie zakupów, posprzątanie mieszkania, prasowanie pościeli i bielizny - monotonia, ale... można się przyzwyczaić. Najgorsze jest szukanie nowego zajęcia. Ileż to razy wypytywano ją w czasie telefonicznych rozmów, jakiego koloru bieliznę nosi, lub oświadczano, że poszukuje się... długonogiej dwudziestolatki.

A sprawy sercowe? Wzdychał do niej, młodszy wprawdzie od niej Niemiec, ale Ela jest jak legendarna Wanda, co nie chciała Niemca
i rzuciła się do Wisły. Ela nawet nie myśli rzucać się do Menu. Już raczej na szyję rodaka. A że go na razie nie ma - nie szkodzi, poczeka. 

Tylko czasami nachodzą ją myśli, dlaczego wyrzucano swego czasu miliony na szkolenie młodzieży, rozbudzano w niej poczucie ciągłego niedosytu wiedzy, chęć dalszego kształcenia umiejętności, poczucie przydatności zawodowej, jeśli w efekcie, w zjednoczonej Europie, technik chemik nie może znaleźć pracy w kraju i albo zbiera truskawki w Hiszpanii, albo prasuje cudze gacie
w Niemczech. 

Ale podobne myśli nachodziły też mojego kolegę polonistę, który zamiast wykładać w Polsce dzieje literatury ojczystej, rozmieniał papierki na bilon... w dworcowej hali gier w Niemczech.

* * *
Tak jak Eli, wiedzie się wielu Polkom w Niemczech, które pracują w domach zamożniejszych bądź zabieganych Niemców. Ale równie liczna jest grupa takich, którym losu nie pozazdrościłyby panny służebne sprzed kilku wieków. Putzfrau z któregoś kraju Europy Wschodniej albo Azji potrzebuje pieniędzy, zgodzi się więc na każde warunki. Tak myśli niejedna Pani i niejeden Pan. Płacimy, żądamy.
 

Wojciech W. Zaborowski