| Panny służebne, albo..
Świątek, piątek i w niedzielę, dwanaście i więcej godzin dziennie za... dwieście euro miesięcznie |
Ela z Dolnego Śląska - jedna
z wielu Polek na "putzce"
Przepracowane, zabiegane,
niepewne, czy obecne zajęcie będzie jeszcze za tydzień aktualne, czy kierowani
bezinteresowną zawiścią życzliwi rodacy nie doniosą o niezbyt legalnym
charakterze ich pracy do odpowiednich urzędów.
Podziwiam je, te polskie "panny służebne", jak kiedyś żartobliwie nazwałem Polki trudniące się w Niemczech opieką nad domostwami ludzi starszych, samotnych, czy też pomagające zapracowanym rodzinom w prowadzeniu domu i czuwaniu nad dziećmi. Zasługują w każdym razie na upamiętnienie. Kim są, o czym marzą, co sądzą o sobie i otoczeniu, w którym przyszło im żyć i pracować? Ela, którą przypadkowo poznałem we Frankfurcie nad Menem, jest jedną z nich. Właściwie nie jest nawet Elą, jest symbolem, uogólnieniem jednostkowych losów wielu Polek, które z różnych powodów, najczęściej dla poprawienia swej sytuacji materialnej, opuściły dom rodzinny nad Odrą i Wisłą. Ten dom jednak pozostał w codziennych wspomnieniach, niejednokrotnie ma materialne cztery ściany gdzieś w Kłodzku, Wrocławiu, pod Gdańskiem czy w Chorzowie. W tych ścianach często czeka na powrót córki samotna matka - jak w wypadku Eli - lub innym razem schorowany ojciec, a nawet, często, nieletnie dziecko. Powrót... Nawet odwiedziny z okazji tradycyjnych świąt nie zawsze są możliwe, choć tęsknota i porywy serca trudne są do zagłuszenia i jeszcze bardziej wzmacniają poczucie winy w stosunku do najbliższych. Nie są podlotkami. Nierzadko mają już za sobą doświadczenia rodzinno-zawodowe. W większości posiadają świadectwa ukończenia szkół, a nawet dyplomy wyższych uczelni. Ela ma dyplom technikum chemicznego ze specjalnością "aparatowy procesów chemicznych", czyli mówiąc ludzkim językiem - laborant. Nigdy jednak nie pracowała w swoim zawodzie. Znalazła zatrudnienie w produkującym wyroby ze srebra "Agacie", była rachmistrzem w PSS, nie obca jest jej również gastronomia. Prywatyzacja, polskie przeobrażenia gospodarcze dosięgły i ją. Została bez pracy. Wprawdzie dzieciom powodzi się nieźle, bo syn pracuje w Niemczech jako kierowca tirów, a córka jest cenioną specjalistką w centrali marketingu zagranicznego koncernu w Warszawie. Śmierć męża i usamodzielnienie się dzieci stanowiły jednak dodatkowy bodziec dla czterdziestokilkuletniej kobiety, aby samodzielnie o sobie decydować, a nie stać się ciężarem dla rodziny. Tym bardziej, że Ela nie wyobraża sobie życia bez pracy. - Już prędzej bez meżczyzny - dodaje z uśmiechem, choć samotność, też nie jest jej życiowym marzeniem. Pracowała więc dwa lata, po cztery miesiące w roku, w Hiszpanii przy zbiorach truskawek. Od dwóch lat jest we Frankfurcie nad Menem. Ściągnęła ją koleżanka szkolna. Nie zastanawiała się długo. W Polsce była nadal bez pracy i nic nie zapowiadało w dolnośląskich miasteczkach nagłego zapotrzebowania na bezrobotne kobiety. A tu - syn mieszka w pobliżu, często odwiedza mamę, na wolne niedziele zabiera ją do siebie do Mannheim. No i jest praca, prawie stałe zapotrzebowanie na opiekunki czy gosposie, choć trzeba się za tym dobrze nabiegać. Bolą nogi od pracy na stojąco, w ciągu dnia wielokrotnie trzeba zmieniać miejsca zajęć, odległe od siebie nieraz o wiele kilometrów. Nie jest to stanie w białym kitlu przy laboratoryjnym stole. Ale gdy się jest solidnym i odpowiedzialnym, można zarobić i odłożyć trochę pieniędzy na spełnienie późniejszych marzeń. Ela nie narzeka na pracę, mogło być gorzej. Wyprowadzanie psów na spacerek, zrobienie zakupów, posprzątanie mieszkania, prasowanie pościeli i bielizny - monotonia, ale... można się przyzwyczaić. Najgorsze jest szukanie nowego zajęcia. Ileż to razy wypytywano ją w czasie telefonicznych rozmów, jakiego koloru bieliznę nosi, lub oświadczano, że poszukuje się... długonogiej dwudziestolatki. A sprawy sercowe? Wzdychał
do niej, młodszy wprawdzie od niej Niemiec, ale Ela jest jak legendarna
Wanda, co nie chciała Niemca
Tylko czasami nachodzą ją
myśli, dlaczego wyrzucano swego czasu miliony na szkolenie młodzieży, rozbudzano
w niej poczucie ciągłego niedosytu wiedzy, chęć dalszego kształcenia umiejętności,
poczucie przydatności zawodowej, jeśli w efekcie, w zjednoczonej Europie,
technik chemik nie może znaleźć pracy w kraju i albo zbiera truskawki w
Hiszpanii, albo prasuje cudze gacie
Ale podobne myśli nachodziły też mojego kolegę polonistę, który zamiast wykładać w Polsce dzieje literatury ojczystej, rozmieniał papierki na bilon... w dworcowej hali gier w Niemczech. Wojciech W. Zaborowski
|