O czym kumpel Anton rozmawiał z Czerwinskim?

Ruhrpolen
Najpierw był bigos, a dopiero potem Jägereintopf
Pierwsi przybysze z Polski byli tu już w latach siedemdziesiątych XIX wieku


Publikacja z dwutygodnika 
 Samo Życie nr 9/2006 
www.Samo-Zycie.com
 
Niewielu zapewne Czytelników zna kumpla Antona i jego przyjaciela Emila Czerwińskiego. Swego czasu, za sprawą ich duchowego ojca, redaktora Wilhelma Heinricha Kocha, gościli co tydzień na łamach esseńskiego "WAZ". To, że nazwisko przyjaciela Antona kończy się na "-ski", nie jest dziełem przypadku. A i kraj pochodzenia Emila, nie trudno odgadnąć. 

Anton i Emil prowadzili ze sobą zwykłe, codzienne i przyjacielskie rozmowy. Dyskutowali - jak to wśród kolegów - o kopalni, zgryzocie ze "sztajgrem", małym "krachu" w familoku, nowym "klajdzie" Erny, albo o ostatnim meczu "Schalke"... Czasem pod kioskiem Tante Emmy w Gelsenkirchen, innym razem była to pinta (knajpka) na Scharnhorście w Dortmundzie.

Osadnictwo przybyszów ze Śląska, Poznańskiego, Pomorza i Prus Wschodnich w Ruhrgebiecie (Zagłębiu Ruhry) sięga początków drugiej połowy 19. stulecia. Wówczas to Nadrenia i Westfalia wkraczały w okres uprzemysłowienia. Powstawały kopalnie i huty. Miasta, osady i wioski między Duisburgiem i Dortmundem nie mieściły się w swoich granicach. Łączyły się w jeden wielki organizm - Ruhrgebiet, stając się ojczyzną i miejscem pracy dla milionów.

Był 16 styczeń 1871 roku. Niemcy tkwiły uwikłane w wojnę z Francją. Gazety w korespondencjach z frontu donosiły o oblężeniu przez niemieckie oddziały Paryża. W ten zimowy dzień, młody człowiek otulony w długie palto, w towarzystwie innego mężczyzny, brnąc po kolana w śniegu, przemierzał tak zwany Oesterholz na północnych obrzeżach Dortmundu. Miał zaledwie 24 lata. 

Idąc tak, co chwilę przystawał i przyglądał się temu, co ten drugi wytyczał wbijanymi w głęboki śnieg palikami. Ów młodzian, był to przyszły dyrektor Albert Hoesch, widział już oczyma wyobraźni hale fabryczne, wielkie piece i marteny, które na razie geometra znaczył na śniegu. W następnym roku ruszyły roboty. 15 listopada 1873 roku w "Eisen- und Stahlwerk Hoesch" spłynęła pierwsza stal.

Z Mazur i Śląska

Kopalnie i huty nad Emscher i Ruhrą wyrastały jak grzyby po deszczu. Na miejscu brakowało rąk do pracy. Zjeżdżali więc chętni z sąsiedztwa, z biedniejszych regionów, a gdy i tam siły roboczej nie stało, rozjechali się werbunkowi dalej: na Śląsk, w Poznańskie i na Mazury.

We wsiach i miasteczkach, na drzwiach kościołów i gospód, pojawiły się plakaty informujące o darmowym piwie po niedzielnej mszy. Zachęcająco brzmiały słowa werbujących: dobra robota, dobra zapłata, dom dla całej rodziny..., a że u wielu bieda wyzierała niemal z każdego kąta, nad Ren i Ruhrę zaczynali zjeżdżać pierwsi emigranci. Na stacjach w Essen, Gelsenkirchen, Herne czy Dortmundzie, po przyjeździe każdego pociągu z Poznania, Katowic, Bytomia, z Mazur czy Pomorza widziało się bezradnych i zagubionych w nowym, nieznanym świecie przybyszy, pojedynczo lub w małych grupkach, z tekturową walizeczką albo tobołkiem w ręku i wymęczonych wielogodzinną podróżą.

W latach 1870-1914 niemal dwa miliony osób ze Wschodu, głównie z Poznańskiego, Prus Zachodnich i Wschodnich oraz ze Śląska, przybyło do Zagłębia Ruhry w poszukiwaniu zarobku. Pół miliona mówiło wyłącznie po polsku.

Dortmundzki Hoesch ciągle rósł. W roku 1910 w przyległej do zakładów dzielnicy mieszkało już 25.717 osób, z tego 5.263 z Polski. Była polska msza, był mówiący po polsku duszpasterz, były kościelne organizacje i wreszcie były chóry. 
- Jak w Boże Ciało wyszła z naszego kościoła procesja - wspominał kiedyś w rozmowie ze mną były mistrz szewski z "małego Borsigplatz", Josef Sieper - to aż serce się cieszyło. My z naszymi sztandarami, ci z Polski ze swoimi. My śpiewamy, oni śpiewają. A ile ich było!

W Dortmundzie też powstał w roku 1876 pierwszy polski związek "Jedność". Ówczesny sekretarz Towarzystwa Tomyślewski, w zachownym protokolarzu pod datą 9 stycznia 1887 roku zapisał:

"Posiedzenie było rozpoczęte przez Przewodniczącego. Najpierw była przeczytana Ewangelia Święta. Potym była pieśń zaśpiewana jak zwyczajnie. Potym nastąpiło obieranie nowego zarządu. Prezesym został Antoni Janowski. Kasyjerem został Mikołaj Rychlewski. Sekretarzym został Michał Tomyślewski. Potym obierani byli Zastępcy(...) Potym nastąpił obrachunek roczny, ale nie był uskuteczniony, więc tak obrachunek odłożony na drugą Niedziele. Na kasy przyszło siedem Marek. W tym najlepszym porządku się Towarzystwo zakończyło".

O liczebności dortmundzkiego środowiska, pochodzącego z terenów Polski, świadczy fakt; że w latach dwudziestych ubiegłego wieku Borsigplatz (kolebka pierwszoligowej "Borusii") nazywano powszechnie "polnische Drehscheibe" (polska tarcza obrotowa).

Na tropach przodków

Herne. Niewielka w połowie XIX wieku wioska, licząca w roku 1846 dokładnie 999 mieszkańców, wraz z uruchomieniem linii kolejowej do Renu i odkryciem pokładów węgla, zaczęła dynamicznie się rozrastać. W 1914 roku Herne zamieszkiwało już 58 tysięcy mieszkańców. Węgiel odkrył wprawdzie niemiecki kupiec, ale miejscowym brakowało i odwagi, by sięgnąć po skarby ziemi, i pieniędzy. Zrobili to Irlandczycy, dziwiąc się, że "ci ludzie tu nie wiedzą, na czym siedzą". W 1857 roku wybito pierwszy szyb, docierając do calizny na poziomie 144 metrów. Pierwszy węgiel wydobyto na powierzchnię w trzy lata później. Kopalnia otrzymała angielską nazwę "Shamrock". 

Potrzebowano, podobnie jak w Dortmundzie, rąk do pracy. Pierwsi napływowi przybyli z Hessen, Thüringen, Prus Wschodnich i przede wszystkim z terenów polskich. W roku zakończenia I wojny światowej w Herne mówiło się po polsku na równi z niemieckim. 30 procent mieszkańców stanowili bowiem emigranci z Polski. A tak było nie tylko w Herne.

Na ślady pierwszych przybyszów ze Śląska trafimy także w Gladbeck. W skardze do zarządu tamtejszej kopalni "Graf Moltke", Wenzel Dick i Paul Dinter pisali:

"5 bieżącego miesiąca (skarga nosi datę 10 wrzesień 1883) zostaliśmy przez agenta nazwiskiem Krause zwerbowani tu ze Śląska, naszej ojczyzny, z gwarancją następujących warunków: w pierwszej kolejności mieliśmy mieć wolny przejazd i w kopalni "Graf Moltke" mieliśmy zarabiać 2,50 marki na szychtę. W kwaterze mieliśmy mieszkać we trzech. 

Przepracowaliśmy dotąd cztery dniówki i zarobiliśmy tylko 2,20 za szychtę. Musimy też w 40 chłopa spać w jednej izbie, która wcale nie jest sucha. Do tego mamy jeszcze sami zapłacić za podróż ze Śląska, przed czym się wzbraniamy, bo obiecano nam, że tę zapłaci kopalnia "Graf Moltke".

Ślady języka, który przynieśli ze sobą emigranci ze Wschodu łatwo odnaleźć w swoistym, dosadnym, soczystym Ruhrslangu, skondensowanej gwarze wzajemnego porozumiewania się w przodku, przy wielkim piecu albo "na kolonii", na ławce przed "familokiem", albo w sklepie. Powstałe na wschodnich obrzeżach Gladbeck w 1885 roku osiedle miejscowi nazywali nie inaczej jak "Neu-Schlesien" (Nowy Śląsk).

Już wtedy dochodziło do sporów, czy przybysze z tzw. niemieckich prowincji wschodnich byli Niemcami czy Polakami?

Rośnie szóste pokolenie

Dziś, kiedy rośnie już szóste pokolenie pierwszych emigrantów, o ich pochodzeniu przypominają jedynie z polska brzmiące nazwiska. - Mój dziadek przyjechał ze Śląska do pracy w tutejszym górnictwie jako cieśla, w 1890 roku - powiedział kiedyś "ojciec" wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu w Dortmundzie prof. Kurt Koszyk. Dla kibiców piłki nożnej wiele mówiące są takie nazwiska, jak: Szczepan, Kuzorra, Tilkowski, Konietzka, Niepieklo, Cieslarczyk, Michallek... Za Odrę sięgają korzenie niektórych polityków, ministrów, posłów, aktorów, pisarzy... Kniola, Wendzinski, Janosz...

W latach 80. i 90. ubiegłego wieku przybyła do Ruhrgebietu kolejna fala ludzi z Polski.

A co z tym bigosem? Smakuje jak dawniej, tyle że nazywa się Jägereintopf! (rd)

W latach 1870 - 1914 niemal dwa miliony osób ze Wschodu, głównie z Poznańskiego, Prus Wschodnich i Zachodnich oraz ze Śląska przybyło do Ruhrgebietu w poszukiwaniu pracy. Pół miliona mówiło wyłącznie po polsku.

rd