Jak Janusz Dygutowicz zdobył Pallas Atenę

Talizman z Nieder-Esbach
 


Publikacja z dwutygodnika 
 Samo Życie nr 19/2006 
www.Samo-Zycie.com
 
Z wizytą u swoich

Pan Janusz z ujmującym uśmiechem przeprasza. Zaszło nieporozumienie. Przypuszczał, że przyjedziemy o piątej, nie o piętnastej. Piętnasta, piąta..., drobiazg. Tym bardziej, że gospodarz miły, a droga od naszego miejsca wyjazdu do lokalu w Nieder- Esbach nie tak znowu daleka.

Cel naszych odwiedzin znajduje się w połowie drogi między frankfurcką dzielnicą Bonames a znanym kurortem Bad Homburg.

Każdy, kto tu w pobliżu mieszka lub też zabłądzi w te strony, nie może przeoczyć ulicy Deuil-La-Barre. Przecina ona linię metra U 2, a znajdująca się przy niej stacja jest jednocześnie znakiem, że dojechaliśmy do nieco sennej dzielnicy na peryferiach wielkiego miasta.

Dla naszych, "polskojęzycznych" miejsce to od zakończenia mistrzostw świata w piłce nożnej, to jest otwarcia lokalu, nabrało szczególnego znaczenia. Szyld "Palladium" kusi, nawet jeśli nie wszyscy wiedzą, co oznacza. Nazwa nie jest specjalnie ważna, gdy w środku na polonusów i rozsmakowanych w polskiej kuchni oczekują flaczki, żurek, barszcz, kapuśniak, pierogi - nawet ruskie, choć na polskim, z kraju sprowadzanym serze - i wiele innych, łechcących podniebienie potraw. W karcie jest nawet "Żubrowka", którą szczególnie lubią niemieccy goście.

Jeszcze nie znikły z wystawowych okien napisy, że lokal dopiero co otwarty, jak więc nie spytać szefa jego o narodziny?

Janusz Dygutowicz najpierw zwleka z odpowiedzią, ale po chwili zdradza tajemnicę: - Restauracja powstała przez... przypadek. Nosił się z zamiarem otwarcia piekarni i szukał odpowiedniego pomieszczenia. Po 25 latach pobytu w Niemczech i pracy w budownictwie, gdzie doszedł nawet do stanowiska szefa, któremu podlegało kilkuset pracowników, postanowił coś stworzyć dla żony Teresy, by również miała wiekszą satysfakcję z życia, niż tylko troski i zabiegi o dorastające pociechy. Daniel, Dawid, Eliza i Julia - duma rodziców, pochodzących z podkrakowskiej Bochni Janusza i Teresy, dorastały i nie wymagały już tak pilnego baczenia. I wtedy właśnie, kiedy okazało się, że oferowany lokal nie nadaje się na piekarnię, w głowie Janusza zakiełkowała myśl o otwarciu restauracji.

Rezultat odglądaliśmy w środowe popołudnie kończącego się sierpnia. U wejścia witała nas nie tak często spotykana w zachodniej części Niemiec reklama saksońskiego piwa "Radeberger", a w środku z wielkim smakiem urządzone wnętrze. Stoliki i siedziska zamawiane sprowadzone z polskiej fabryki mebli. Ma być swojsko.

Przyszliśmy do lokalu rozmyślnie trochę wcześniej, aby pogawędzić z gospodarzem i nie przeszkadzać mu potem w pracy za barem. Restauracja choć nowa, ma już - okazuje się -– dobrą renomę. Wraz z wybiciem godziny 17.00 zjawijają się pierwsi goście. Trzy panie. Potem dowiedzieliśmy się, że to panie: Margot Kaleta, Teresa Pędziwiatr i Marietta Ambroziewicz, która tego dnia obchodziła urodziny. Przyszły uczcić razem z koleżanką jej święto. Nazwiska zdradzają pochodzenie. Dwie panie pochodzą z Opolszczyzny, a jedna z... Litwy, ale która - nie zdradzimy.

Kiedy zajmują miejsca przy stoliku i zaglądają do karty, pan Janusz z zadowoleniem kiwa głowa. O to mu właśnie chodzi. Chce, aby ci, którzy tu przychodzą, czuli się w jego "Palladium" dobrze i przyszli znowu, razem z rodzinami, znajomymi. To nie jest knajpa. To lokal, w którym można się odprężyć, czuć się bezpiecznie, bez zaczepek ze strony podchmielonych facetów na szlaku od knajpy do knajpy. Dla takich nie ma tu miejsca.

Pytamy o plany. Znowu chwila milczenia pana Janusza, potem krótka odpowiedź:

- Dobrze byłoby zorganizować w piątki wieczory taneczne dla generacji czterdzieści plus, a w soboty dyskoteki dla młodszych. Piwnice pod restauracją aż proszą się, by je przystosować i wykorzystać do takich właśnie imprez.

Słuchamy i przytakujemy. Chętnie zajrzymy do "Palladium" i pana Janusza znowu.

A co do nazwy. Pochodzi od starogreckiej Pallas Ateny. Panu Januszowi spodobał się lokal o tej nazwie na hiszpańskiej Costa Brava, no i jest "Palladium" w Nieder-Esbach.

W przenośnym sensie "Palladium" to talizman chroniący od zła. Jeśli tak, to pewnie przynosi też szczęście. Czego gospodarzowi i jego gościom życzymy.

Tekst i zdjęcia:

Henryk Purzycki

Wojciech W. Zaborowski