| Półwiecze pracy twórczej
Edwarda Tomenki
Rysowanie to tylko obróbka
pomysłu
|
- Miałem zaledwie kilka
lat, kiedy wykonałem pierwszy rysunek, kredą na płocie w Czortkowie, miejscowości
na kresach. Dostałem za niego honorarium wypłacone przez
ojca jego ulubionym pasem. To był mój chłopięcy, nieoficjalny debiut. Potem
jeszcze wiele razy odbierałem podobną "wypłatę", jako że byłem pacholęciem
psotnym i niegrzecznym. W mojej dziecięcej główce rodziły się przeróżne
figle, które w połączeniu z zamiłowaniem do rysunków mogły wskazywać, co
też ze mnie w przyszłości wyrośnie, chociaż przez jakiś czas spodziewano
się, że pójdę w ślady ojca i zostanę zegarmistrzem... - tak anegdotycznie
rozpoczął swoje wspomnienia w rozmowie ze mną przy kawiarnianym stoliku,
obchodzący właśnie jubileusz 50-lecia pracy artystycznej Edward Tomenko,
satyryk i humorysta.
W swoim dorobku ma przeszło 30 tysięcy rysunków. Tytuły miesięczników, tygodników i dzienników trudno zliczyć, bo jest ich cała litania. Urodził się w 1934 roku w Czortkowie (dziś należy do Ukrainy). W 1945 roku wysiedlono stąd wszystkich mieszkańców narodowości polskiej, którzy przenieśli się na ziemie odzyskane. Ojciec Tomenki wybrał Kluczbork. A on po czasie ruszył do Wrocławia do szkoły plastycznej. - Po edukacji we Wrocławiu i ślubie, dzięki pomocy ciotki w 1955 roku osiedliśmy z żoną w Bytomiu, gdzie mieszkamy do dziś - snuje wspomnienia pan Edward. Wchodził w dorosłe życie, a wtedy trudno było o pracę, więc imał się różnych zajęć. Na jakiś czas zatrudnił się w kopalni - pracował nas dole, najpierw w kopalni "Dymitrow" w Bytomiu, potem w "Walenty-Wawel" w Rudzie Śląskiej. Górnikiem był też w "Gottwaldzie" w Katowicach. Jak mówi, zna górniczy fach od "a" do "z". Fedrował i wykonywał polecone roboty. Pracował na ścianie i w transporcie, na tak zwanym "kneflu" (czyli guziku). Potem został plastykiem w Centrali Rybnej, gdzie do jego obowiązków należało dekorowanie wnętrz. - W dzieciństwie chciałem zostać marynarzem, pływać po morzach i oceanach, więc w pewnym sensie ta praca była spełnieniem tego chłopięcego marzenia - mówi dowcipnie.
- Może to zabrzmi dziwnie,
ale pracę satyryka traktuję bardzo poważnie. Jeśli przyjmuję jakieś zamówienie,
realizuję je na czas. Bywa, że dostaję zlecenie na serie aktualnych rysunków
"na wczoraj", wtedy staję na głowie, by zdążyć. Rysowanie jest moim jedynym
nałogiem. Stronię od innych używek. Kiedy jestem w transie twórczym, nawet
nie słodzę herbaty - wyznaje.
Lecz nie samym rysunkiem
Tomenko żyje. Od czasu do czasu zakręca słoiczek z tuszem, odkłada piórko,
zamyka szkicownik i zabiera się za... pisanie aforyzmów, Jubilat prezentował swoje rysunki na wielu wystawach zarówno w kraju jak i za granica. Z jego żartów śmiano się m.in. w Kanadzie, Niemczech, Grecji, Bułgarii, Jugosławii, na Węgrzech i Kubie. Otrzymał Nagrodę Wiceprezydenta Rady Regionalnej włoskiego miasta Bordighera i medal na międzynarodowym konkursie karykaturzystów w Japonii.
Oprócz sukcesów artysta zapisał na swoim koncie także parę niepowodzeń, które dziś stanowią anegdoty, wzbogacające jego twórczą biografie. Rzecz dotyczyła niegdysiejszej cenzury. Wiadomo, że zanim rysunki znalazły się na łamach prasy, musiały przejść sito cenzorskie. Wszystko jednak zależało od inteligencji cenzora. Przechodziły humory, które nie powinny, bo zawierały aluzje lub podteksty, a jednak nie zawsze dostrzeżono zakamuflowanej kpiny z paradoksów życia. - Kiedyś na zamówienie niemieckiego
klienta przygotowałem cykl satyrycznych rysuneczków erotycznych, ale żaden
z nich nie dotarł do odbiorcy - cenzura nie Edward Tomenko, choć - jak się rzekło - pracę rysownika-satyryka traktuje bardzo poważnie, nie znosi ponuraków i malkontentów. Lubi ludzi pogodnych, z poczuciem humoru. O nim samym krąży tysiąc anegdot, z których część jest jego autorstwa. Ponoć gdy kupował pierwszy w życiu samochód, musiał wykazać w Urzędzie Skarbowym legalne źródło pochodzenia pieniędzy przeznaczonych na zakup (były to czasy jeszcze przedgierkowskie). Tomenko zjawił się u fiskusa z wypchanym workiem wypełnionym setkami odcinków przekazów pocztowych. Od kilku bowiem lat współpracował z wieloma gazetami w całej Polsce, publikując na ich łamach swoje rysunki. Otrzymywał pocztą honoraria co miesiąc po kilkanaście złotych każde. Więc wszystkie pokwitowania przyniósł, żeby urzędnicy wiedzieli, że pieniądze zarobił uczciwie - dowcipem i piórkiem, że nie jest żądnym kombinatorem, szabrownikiem ani aferzystą. Mówi się, iż urzędniczki podliczały Tomenkowe kwity przez kilka dni. A tak poważnie: pół wieku pracy twórczej to szmat czasu. To piękny jubileusz, o którym mało kto nawet w prasie wie i pamięta. A przecież rysunki upiększają, uatrakcyjniają gazetę i dopełniają słowo pisane. Ten znakomity rysownik-satyryk zasłużenie też wszedł do historii karykatury polskiej za sprawą starannie opracowanego przez Hannę Górską i Eryka Lipińskiego tomu "Z dziejów karykatury polskiej". Wszedł też do "Wielkiej Encyklopedii Aforyzmów". Skromny, o dużym poczuciu humoru, pogodny i życzliwy, każdego dnia wykonuje parę rysunków, bo terminy gonią. Rysując myśli już o dotrwaniu do kolejnego jubileuszu, 60-, 70-, a może 100-lecia (tu śmiech Tomenki), czego Mistrzowi życzymy z całego serca. tekst i zdjęcie:
|
