Niezapomniana szkoła sióstr Urszulanek
Czterdzieści lat minęło

Publikacja z dwutygodnika 
Samo Życie nr 17/2005 (20.08.05-02.09.05)
www.prenumerata.de
 
Rok 1945. Po latach wojny nadchodził upragniony pokój. Oswobodzone z hitlerowskiej niewoli państwa Europy budziły się do życia w zmienionych wolą zwycięskich mocarstw granicach. Następowały przymusowe migracje ludności wysiedlanej z dawnych ojczystych terenów. Niemieckie zakonnice z Breslau, ponownie po wiekach nazywanego Wrocławiem, nie miały innego wyboru, jak tylko opuścić miasto, w którym od lat prowadziły szkołę dla dziewcząt. Mieściła się przy obecnym placu Nankiera i na Karłowicach. I wtedy podjęły decyzję, dzięki której przez ponad półwiecze, mimo komunistycznych rządów, żeńska młodzież polskiego już Wrocławia mogła wychowywać się w duchu katolickim i przygotowując się do służebnej roli wobec drugiego człowieka. Zakonnice zwróciły się bowiem do przełożonej polskiej prowincji siostr Urszulanek z prośbą o przejęcie klasztoru i szkoły. Propozycja została skwapliwie przyjęta, tym bardziej, że polskie zgromadzenie utraciło wskutek zmiany granic swoje siedziby na kresach, m.in. we Lwowie, Kołomyi i Stanisławowie. 

W przytulnym mieszkaniu w Bad Vilbel koło Frankfurtu nad Menem słucham opowieści absolwentki Prywatnego żeńskiego Liceum Ogólnokształcącego Sióstr Urszulanek we Wrocławiu. Mgr inżynier architekt Alicja Czupryna-Falencki jest jedną z 29 osób, które na zakończenie roku szkolnego 1964/65 otrzymały świadectwo dojrzałości. Jest też inicjatorką pierwszego zjazdu absolwentek wspomnianego rocznika, który to zjazd odbył się latem tego roku we Wrocławiu. 

Wraz z koleżanką Alicją Maskiera-Budzynowską i siostrą Rafaelą Husson, dawną wychowawczynią, przejęły na siebie ciężar organizacyjny. Dzięki temu po 40 latach 20 byłych uczennic spotkało się ponownie w murach szkolnych.

Ala, wraz z dwiema innymi paniami przybyła do Wrocławia z Niemiec. Tu rzuciły ją bowiem po ukończeniu Politechniki Wrocławskiej i wieloletniej pracy w Polsce na eksponowanych stanowiskach jako architekt, niezbadane wyroki losu. Oprócz Alicji miały jeszcze dojechać z Niemiec na spotkanie trzy koleżanki: Krystyna Nawrath z München, Halina Rybosz (z domu Sumara) z Mülheim an der Ruhr i Grażyna Tymoszczuk. Pierwsza pracuje w wydziale urbanistycznym bawarskiego Landratu, druga - prawnik z wykształcenia - prowadzi samodzielną działalność gospodarczą, trzecia, niestety, na spotkanie nie przybyła, ale wspominano ją często. Wszystkim paniom, co stanowi na tle emigracyjnych dziejów wyjątek, udało się uzyskać pracę zgodnie ze zdobytym wykształceniem. 

Samo spotkanie nie różniło się chyba od setek podobnych. Wspólny posiłek, rzewne wspomnienia, nieraz ze łzami w oczach. Wzruszające odkrycia, że mimo upływu czasu, można się jeszcze rozpoznać. Oczywiście, spotkanie uczennic szkoły klasztornej - choć na prawach państwowej - rozpoczęło się od uroczystego nabożeństwa.

Czy ktoś z zebranych pamiętał jeszcze, jak smutno wyglądały ruiny kościoła i klasztoru w roku zakończenia wojny? Może starsze zakonnice, może nauczyciele świeccy, bo rocznik maturzystek 64/65 na pewno nie. A przecież plac Nankiera w owym czasie i w pierwszych powojennych latach, to nie tylko zrujnowana świątynia i opuszczony klasztor, ale i miejsce, gdzie można było sprzedać i kupić wszystko, co tylko z dymiących jeszcze ruin udało się wyciągnąć i wyszabrować, jak wówczas nazywano bezprawne przywłaszczanie sobie mienia po wysiedlonych Niemcach. Na szczęście nie tylko hieny zapełniały wtedy Wrocław i plac Nankiera. Na pamięć i szacunek zasługują ci, którzy w latach degradacji podstawowych wartości ludzkich potrafili nie tylko żyć według uznawanego przez siebie systemu wartości, ale również starali się w duchu tych wartości wychować młode pokolenie, aby gdy wejdzie ono w wiek dojrzały, żyło godniej i lepiej. 

Do takich niewątpliwie należały siostry Urszulanki. Ich uporowi i anielskiej cierpliwości zawdzięczaćmożna to, że liceum wraz z internatem powstało, trwało, rozwijało się i w końcu w 1991 roku otrzymało już na czas nieokreślony, bez obowiązku corocznego ponawiania, pełne prawa szkoły państwowej. Dodajmy, że wielkim orędownikiem liceum był Tadeusz Mazowiecki, który jako poseł na Sejm interweniował w roku szkolnym 60/61 w sprawie przyznania wspomnianych praw. Gdy mowa o ludziach sławnych, absolwentkach szkoły, nie sposób nie wymienić Elżbiety Sitek, znanej dziennikarki telewizyjnej, pierwszej spikerki wrocławskiej TV, czy też Zofii Urbanyi-Krasnodąbskiej, jednej z nielicznych kobiet dyrygentów, związanej przez lata z warszawskim Teatrem Wielkim, a później z Operą Wrocławską oraz Akademią Muzyczną. Również nazwiska wykładowców szkoły spotkać można było w składzie profesury zagranicznych uniwersytetów, jak np. siostrą Ireną Neff, byłą dyrektorką szkoły, która wykładała również na katolickim uniwersytecie we Francji.

Pełne niechęci lub uprzedzeń opinie o szkołach prowadzonych przez zakony nie znajdują w tym wypadku potwierdzenia w faktach. Jest to zgodna opinia wychowanek liceum Urszulanek. Zarówno kuratorium, jak i strona kościelna wystawiają szkole najlepszą opinię.

Ala i jej koleżanki postanowiły spotykać się częściej. 

Wojciech W. Zaborowski