| Zakochany od pierwszego
wejrzenia
Kraków w oczach i sercu niemieckiego malarza |
"Wspóczuję
ci, serdecznie, że musisz mieszkać w Krakowie. W tym mieście prentensjonalnej
tandety intelektualnej i każdej innej" - pisał swego czasu Witold Gombrowicz.
Nielepsze zdanie o Krakowie miał Stanisław Kośmian. "Dla krakowianina nie ma większej przyjemności, jak drugiemu powiedzieć nieprzyjemność... Wielki brak życzliwości, zupełny brak uprzejmości, oto główne rysy życia krakowskiego... Każdy krakowianin wygląda, jak gdyby na jego barkach spoczywały losy Europy... Odstrasza to od Krakowa, mało kto tu przybywa". Gdyby Gombrowicz i Kośmian swoje opinie o mieście nad Wisłą wypowiedzieli w obecności Horsta Beckinga, niemieckiego artysty malarza, z pewnością doszłoby do piekielnej awantury, bo ten uznałby to za bezczeszczenie świętości, za obrazę jego wielkiej miłości. Horst Becking był w Krakowie dopiero raz, jesienią ubiegłego roku, i to ledwie tydzień. I jak powiada uwiązany do grupy, z która przyjechał. Krótko, za to intensywnie, z zakochaniem i miłością od pierwszego wejrzenia. Ale zacznijmy od początku. Twórczość Horsta Beckinga,
wiele jego prac, reprodukcji, albumów znam od dawna. Oglądałem jego wystawy,
sporo o nim czytałem. Zresztą dla tych, co interesują
Tonio Zorzycki, właściciel
galerii w Dortmundzie, przygotowywał wystawę rzeźb krakowskiego artysty
profesora Borzęckiego. Potrzebowałem materiały i - Pan Becking... - przedstawił gościa Tonio. Potem padło moje nazwisko. W końcu wyszło na to, że to on bardziej ucieszył się ze spotkania z kimś z Polski, niż ja ze spotkania z wielkim artystą. Wrócił się, zamknął drzwi i zagadnął mnie o Kraków. Jak znajduję to miasto... I tak, w kurtkach, z teczkami pod pachami, na stojąco, przegadaliśmy godzinę. Przegadaliśmy... To był jego monolog o Krakowie, który chwilami przypominał miłosne wyznanie. Godzina była nam za mało, a Horst Becking się spieszył, więc umówiliśmy się na kolejne spotkanie. Tym razem ja postanowiłem przejąć inicjatywę i stawiać pytania. Choć nie było to łatwe zadanie. Barwy i światła miasta - Wszystko, co postrzegam, na co patrz?, rejestruj? w swojej pami?ci w barwach, kolorach, a potem przenosz? na obraz zacz?? Horst Becking. Ka?de miasto te? ma swoje ?wiat?o. Ma je Wenecja, w której wielokrotnie bywa?em i bywam biel, b??kit; swoje barwy ma Pary? czy Nowy Jork. Odnalaz?em, co mo?e dla was, Polaków, wyda si? dziwne, wspaniałe barwy Krakowa. Dla mnie to miasto kolorów. Urzekło mnie od początku, bo ma to, co wielkie światowe metropolie, swój charakter. Zachwyciły mnie odrestaurowane z wielką pieczołowitością kamieniczki w centrum miasta. Ujęli ludzie - serdeczni, gościnni i życzliwi. Człowiek słyszy to i owo, ale wiele tych opinii absolutnie nie znalazło potwierdzenia. Na przykład ta, że Polacy są hałaśliwi.
Moje obserwacje są całkowicie inne. Bywaliśmy w wielu kawiarenkach i restauracjach, przy stolikach siedzieli młodzi ludzie, całymi nieraz grupkami i było cicho, kameralnie. Kilku Niemców przy jednym stole, to jest już niezły atak decybeli. To było miłe zaskoczenie. Sam na sam z Leonardo - Powiada się, że Kraków ma w sobie coś z atmosfery Paryża... Odczuł to pan? - zapytałem. - Tak, to prawda... Wielokrotnie bywałem w Paryżu, pracowałem tam też dłużej. Dostrzegam pewne podobieństwa. Zabudowa starej części miasta, architektura i ta odrobina konserwatyzmu. Widać to też w galeriach sztuki, do których jako artysta, oczywiście, zaglądałem. Ciekawe, dobre malarstwo, ale z tą skłonnością do surrealizmu, malarstwa figuratywnego. Mniej jest abstrakcji, awangardy. Przydałoby się tego więcej. - To nie jest krytyka - zastrzega. - To moja tylko osobista uwaga. Nie chcę też przez to powiedzieć, że czas stanął w Krakowie w miejscu. No i jeszcze jedno. Podobieństwo i jednocześnie różnica. Paryż ma swoją Monę Lisę, a Kraków ma swoją Damę z gronostajem Leonarda da Vinci w Muzeum Czartoryskich. Mały obraz o wyjątkowej urodzie. Kiedy w Paryżu kłębią się tłumy zwiedzających, bo to trzeba zaliczyć, w Krakowie mogłem mistrza Leonarda smakować. Sam na sam z tym obrazem, w pełnej ciszy i samotności. To było coś pięknego, niezapomnianego. I siedziałbym tak przed tym obrazem jeszcze długo, gdyby nie napięty program wycieczki. Ale tu wrócę. Jazz co noc - Moje pokolenie (Horst Becking skończył w tym roku 70 lat - przyp. Red.) wychowało się na jazzie. W Krakowie od lokali i piwniczek, gdzie gra się jazz live, aż się roi. Co dzień więc do późna w nocy razem z żonę chodziliśmy tam, gdzie grali jazz. Tego nie spotyka się nigdzie w Europie. Ale w Krakowie, moim Krakowie. Nigdy więcej - Do Krakowa postanowiłem wracać, kiedy tylko będę mógł, przynajmniej raz w roku. Tym razem chcę zobaczyć miasto w czasie festiwalu szopek noworocznych. Byłem w czasie prezentacji folkloru polskiego. Barwne stroje ludowe, stragany ze sztuką ludową i prawdziwym polskim jadłem. Ale więcej nie pojadę do byłego obozu Auschwitz. To wstrząsające przeżycie. Szczególnie dla mnie, Niemca, niemieckiego artysty. A na koniec tego miłosnego wyznania do Krakowa jeszcze jedno: Nie dajcie się w Polsce zwariować. Pielęgnujcie swoje, własne, bo jest piękne. I... smaczne. (Notował: rr) Horst Becking (ur. 1937r.) - znany i wysoko ceniony przez krytykę artysta. Mówi się o nim "mistrz miniatury" i palimpsestów, do których wykorzystuje np. stare druki czy dokumenty, tworząc w ten sposób pomost między starym i nowoczesnym, bo Becking to przede wszystkim abstrakcjonista. Uprawia także inne gatunki plastyki. Mieszka i tworzy w Hagen, ale ma za sobą wiele lat spędzonych w Paryżu, Wenecji, Florencji, Nowym Jorku, Brukselii, we Flandrii, zjeździł też Kanadę. Studiował w Wyższych Szkołach Fachowych w Dortmundzie i Wuppertalu, w Akademii Sztuk Pięknych w Düsseldorfie, uczeń Beuysa i Rupprechta Geigera. Ma za sobą dziesiątki wystaw w wielu krajach na całym świecie, laureat wielu znaczących nagród. Jest autorem wspaniałych albumów sztuki. |