| Tomek
Wylenżek:
"Złoty chłopak" ze Śląska |
7
grudnia 2005 roku, godzina 17. Nad Baldeney-See w Essen zapada zmrok. Trener
kajakarzy Robert Berger stoi przed "Bootshaus", siedzibą klubu wioślarskiego.
Mówi, że Tomek wyjechał na wodę przed godziną. To trening na wytrwałość.
Zaraz powinien tu być.
Siedem stopni na dworze, ale wydaje się znacznie chłodniej. Od wody wieje wilgotnym zimnem. "Trening w wodzie wypada w zasadzie dopiero wtedy, jak woda już przymarza. Poza tym trenujemy codziennie" - mówi Berger. Upływa pięć, może dziesięć minut. Jezioro pogrąża się w ciemności. Jakby znikąd przy brzegu wyłania się nagle grupa kajakarzy. Dopiero w słabym świetle lamp można rozpoznać Tomka. Czapka, przeciwdeszczowa kurtka. Wychodzi na ląd, kajak zarzuca na ramię. Czy zmęczony, czy zmarzł? Gdzie tam. Kilka minut póżniej przychodzi w żółtym treningowym podkoszulku. Na plecach, ale na jakich! - to bary kajakarza - napis "Essen". Siada
naprzeciwko, jest całkiem naturalny, mówi cicho. Zwyczajny chłopak,
- Który medal jest dla ciebie najważniejszy? A potrafisz je wszystkie jeszcze zliczyc...? - pytam. - Ten z Aten. Te najważniejsze pamiętam. Medal olimpijski mam na półce, za szkłem, inne w pudełku. Ściany by zabrakło. (śmieje się) - A gdzie pudełko? - ...W piwnicy. Jak metale zdrożeją, to zacznę kiedyś sprzedawać. (śmieje się) - Największe zwycięstwa odniosłeś w podwójnej kanadyjce. Jak to jest z tymi chybotliwymi kajakami? - Wiosłuję z tyłu, jestem sternikiem. Sternik robi dokładnie to, co jego partner z przodu, tzn. partner z przodu musi mieć wyczucie, żebyśmy na ostatnich metrach nie padli, ja muszę dostosować się do obrotu mojego partnera. Cały dystans, np. 1000 metrów, dzielimy na cztery odcinki i próbujemy przepłynąć każdy z nich w miarę w tym samym czasie. Nie robimy czegoś takiego, jak zawodnicy innych narodowości, którzy na początku dają z siebie wszystko, a pod koniec nie dają rady. Tak było w Atenach. Nasi rywale na tym dystansie, Polacy i Rosjanie, najpierw dużo z siebie dali i w końcówce nie mieli sił. To było nasze szczęście. - Wspomniałeś, że byłeś niedawno u lekarza... - Czułem się chory. Myślałem, że jak będę szybciej pływać, to będę lepszy. Próbowałem być coraz szybszy przez dwa miesiące. To było za dużo dla mnie. Czułem się źle i byłem u lekarza. Rozmawiałem też z trenerem. Powiedział mi, żebym pływał w swoim tempie. - Dzisiaj trenowałeś w jednoosobowym kajaku... - W zimie się trenuje na jedynkach, latem w dwójkach. Codziennie trzy-cztery godziny z wyjątkiem niedzieli i piątku. W te dni dwie godziny. - Największe zwycięstwa odniosłeś z Christianem Gille. Mówi się o was "Goldjungs" czyli "złoci chłopcy" Tomek i Gilli. Czy łączy was więcej niż sportowe partnerstwo? - Jesteśmy bardzo dobrymi kolegami. To jest chyba normalne. Mieliśmy bardzo dobre czasy i takie, w których nie szło nam zbyt dobrze. W 2003 roku wylecieliśmy z kadry. Potem przyszedł nowy trener, od Christiana, powiedział, że Christian ma iść do przodu, a ja do tylu i nagle byliśmy o parę sekund lepsi. - Po zwycięstwie w Atenach widać było radość - pamiętny skok do wody - i wzruszenie przy hymnie. Czy jesteś emocjonalnym chłopakiem? - Chyba tak. - A prywatnie? - Raczej tak. - W rodzimej miejscowości Polacy ściskają za ciebie kciuki podobnie jak Niemcy w Kanu-Gemeinschaft Essen i nie tylko w Essen. Do kogo czujesz się bardziej przynależny? - Ciężko powiedzieć. Ja wiem, gdzie są moje korzenie, ale wiem też, ile ci ludzie z KG Essen dla mnie zrobili. Obojętnie jakiej narodowości oni są, to moi przyjaciele albo koledzy. Do obu stron czuję sympatię. - Jakie były, nie tylko te sportowe, początki w Niemczech? - To były trzy najgorsze lata mojego życia: nauka języka, wszystko nowe, brak kolegów. Nie chciałbym tego drugi raz przechodzić. Przyjechałem do rodziców, którzy już mieszkali w Niemczech. Do tego czasu mieszkałem w Polsce z dziadkami... To było wtedy tak... - wzdycha). Moi rodzice chcieli wyjechać do Niemiec. Mieszkaliśmy wszyscy w jednym domu. Ja zawsze byłem u moich dziadków, moja siostra też. Moi rodzice pracowali. Byłem z dziadkami bardziej związany. Dziadkowie powiedzieli, żebym na razie został, bo nie wiadomo, jak to na początku będzie w Niemczech. - Kiedy znowu odwiedzisz dziadków? - Na Święta Wielkanocne. - Jakie były powody przyjazdu do Niemiec pod koniec roku 1999? - Różne. Też sportowe. Trudna sytuacja wśród kolegów w szkole sportowej, im się nie podobało, jak ktoś młodszy bardzo się starał. Druga sprawa, to mistrzostwa świata juniorów dla roczników 1981, 1983. Na mistrzostwa świata dla starszego rocznika trener mnie nie wziął, chociaż było to już wtedy możliwe, ale trener miał swoich ludzi. Było, minęlo... - Zbliżają się mistrzostwa świata w piłce nożnej. Czy piłka nożna cię interesuje? - Chętnie gram w piłkę. Polacy przeszli przez eliminacje, nie wiadomo jak daleko zajdą w mistrzostwach. Ale obojętnie z kim grają, jestem za drużyną polską. - Czy te wszystkie sukcesy zmieniły twoje życie? - Nie, raczej nie. - Czy ty się zmieniłeś? - Nie. (z poważną miną) Ludzi chyba zmieniają pieniądze. W naszym sporcie nie ma pieniędzy. To się też nikt nie zmienia. (śmiech) - Jak łączysz sport z nauką zawodu? - Uczę się na kierunku Bürokaufmann. W firmie mają dział dla sportowców. Mamy trochę więcej swobody: możemy czasem późnej przyjść do szkoły, wcześniej pójść trenować. - Jakie cechy zadecydowały o tym, że należysz do światowej czołówki kajakrzy? I to w tak młodym wieku... - Zawziętość, upartość... Jak mam jakiś cel, to jak... koziorożce głową przez mur. To znaczy, jak coś sobie wymyśle, to nic mnie nie interesuje dotąd, aż osiągnę mój cel. - Marzenia, plany na następny rok? - Żeby dalej mi się dobrze wiodło w sporcie i w nauce zawodu. -
Tego więc i ja ci życzę. I dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Aurelia Krusch Już w Polsce był utytułowanym juniorem. Wielka kariera sportowa młodego sportowca zaczęla się jednak po przyjeździe do Niemiec. Odtąd Tomek Wylenżek pisze, nie piórem, lecz dokonaniami, historię niemieckiego kajakarstwa. Wraz z partnerem - Christianem Gille (z Leipzig) w roku 2004 na Olimpiadzie w Atenach zdobył złoty medal na dystansie 1000 m. W roku ubiegłym na MŚ w Zagrzebiu ich udziałem stały się aż trzy medale: dwa złote (1000 i 500 m) oraz srebrny (200 m). Dwa razy złoto na dystansach olimpiskich, tego jeszcze nie było. Na ME w Poznaniu aż trzy razy stawali na podium i to najwyższym (1000, 500 i 200 m). Takiego wyczynu też jeszcze nikt przedtem nie dokonał. Tomasz Wylenżek, rocznik 1983, urodził się w Świerklańcu koło Tarnowskich Gór na Śląsku. Po podstawówce uczęszczał w Polsce do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Wałczu. Obecnie jest zawodnikiem Kanusport-Gemeinschaft Essen e.V. Uczy się zawodu jako Bürokaufmann. Wzrost 183 cm, waga 90 kg Ulubione
potrawy: kluski śląskie, czerwona kapusta, rolady
|