Pokażemy, na co nas stać

Publikacja z tygodnika "TYDZIEŃ" Nr. 3 z 19.01.2007
 
Jeszcze rok temu nikt ich w Polsce nie znał. Na scenę muzyczną wdarli się przebojem "Jest już ciemno", wygrywając ubiegłoroczny Festiwał w Sopocie. Nagle stali się ulubieńcami mediów. Dziś każda szanująca się stacja radiowa puszcza piosenki "Feela", a kalendarz zespołu wypełniony jest szczelnie terminami koncertów. W przerwie między jednym a drugim występem udało mi się spotkać z liderem grupy Piotrem Kupichą w katowickiej rozgłośni Polskiego radia.

W Sopocie zapowiadałeś, że "Feel" szykuje niezły lot. No i udało się. Polecieliście. Jak czujesz się dziś? Konsumujecie sławę? 

- To jest naprawdę niesamowite. Po tych czterech miesiącach, od kiedy to zaistnieliśmy na polskim rynku muzycznym, gdzieś tam w głębi duszy nie wierzymy nadal, że to się  wszystko naprawdę wydarzyło. Występ w  Sopocie to była dla nas była fantastyczna sprawa i pokazaliśmy, na co nas stać, jak to mówi tytuł drugiego naszego dużego przeboju.

- Jesteście zespołem, który zafundował fanom muzyki przebój, który da się śpiewać, tańczyć, nucić. W powodzi szarych i bezbarwnych piosenek, który ostatnio zalewają polski rynek muzyczny, wasza jest radosna, kipi energią, pokazuje, że chce się wam żyć. 

- Tak, to prawda, bo rzeczywiście nasza wewnętrzna miłość do muzyki wygrała. Dla mnie, jako dla autora muzyki, autora tekstów najważniejsze jest natomiast to, że cała płyta została doceniona. Każda piosenka jest jak gdyby częścią mnie, odzwierciedla jakieś moje przeżycia, obserwacje. W tym momencie, mogę z dumą powiedzieć, że płyta sprzedała się już w nakładzie ponad 60 tysięcy egzemplarzy i osiągnęła status podwójnej platynowej płyty.

- To rzeczywiście sukces, ale czy nie obawiasz się, że może wam uderzyć woda sodowa do głowy?

- Powiem Ci tak - gdyby miała nam uderzyć, to już by uderzyła. W 2001 roku jeszcze z zespołem "Sawi" zdobyliśmy nagrodę Super Jedynki za Debiut Roku w Opolu. Może to nie jest tak duże osiągnięcie jak Sopot, ale graliśmy wówczas po 70, 80 koncertów w roku. Myślę, że gdy trzy lata temu tworzyłem "Feela", to z tamtego okresu wyciągnąłem wnioski, i umiejętnie kieruję dużą grupą ludzi tak, aby wszystko w zespole grało dobrze. Wiem, że ludzie są tylko ludźmi, ale jeśli oni widzą, że ja nie robię żadnych fajerwerków, to i oni żyją normalnym rytmem.

- A skąd u faceta, który pochodzi ze Śląska nazwa "Feel"? Nie mogliście się nazywać np. Chłopcy z Bytkowa, albo z Siemianowic? 

- Albo Elwry z Bogucic? A tak poważnie. Nazwa "Feel" wpadła mi do głowy przypadkiem. Szukałem jakiegoś fajnie brzmiącego słowa, wpadłem na "Feel" i tak już zostało. Wracając do muzyki. Jak graliśmy w październiku, w listopadzie ubiegłego roku, to jeszcze nikt tak za bardzo nie wiedział jak ugryźć "Feela", choć "Feel" był już popularny, bo jedna i druga nasza piosenka gdzieś tam sobie w stacjach radiowych śmigała. Teraz, w styczniu i lutym byliśmy zapraszani w te same miejsca, ponieważ wcześniej pokazaliśmy, że "Feel" potrafi stworzyć niesamowitą magię i energię, która płynie z nas, z nasze muzyki, a nie z jakiś sztucznych dodatków. 

- Czy po sukcesie w Sopocie zgłosili się do was krajowi menagerowie, szefowie telewizji?

- Ja wcześniej rozmawiałem przez rok telefonicznie, próbowałem przemycić tę moją energię Agencji Gorgo, czyli Kasi Chrzanowskiej i Łukaszowi Bartoszakowi. Przez rok  rozmawiałem z Kasią, ona nas w końcu "kupiła" i dziś zajmuje się menagmentem zespołu "Feel". Dystrybucją natomiast zajmuje się Pomaton EMI.

- Czy rozmawialiście już z menagerami z zachodu, bo to jest, w pewnym sensie, otwarcie okna na świat?

- Myślę, że do pewnych tematów należy podchodzić spokojnie. Ja na razie nie mam w na polskim rynku muzycznym jeszcze za wiele do powiedzenia i nie chciałbym, na tę chwilę, robić zbyt gwałtownych ruchów, dlatego na razie nie rozmawiamy z zachodem. 

- Czyli na razie Polska...

- Najpierw Polska. Dla nas najważniejsze jest na dzisiaj to, żeby pomyśleć o drugiej naszej płycie. Nie może być tak, że mamy nogi wyżej niż głowę, bo coś tam już zrobiliśmy. Trzeba być normalnym gościem, żeby tworzyć muzykę. Bo jak się zapędzisz w kozi róg, to nic z tego nie będzie. 

- Wracajmy jeszcze na chwilę do płyty. Czy my Polacy, mieszkający na zachodzie, możemy tę płytę gdzieś kupić? Np.poprzez internet? 

- W kraju nasza płyta jest sprzedaży i jest bardzo widoczna. Jeżeli ktoś przyjedzie do Polski i wejdzie do hipermarketów, to znajdzie ją tuż przy kasach. To w ramach promocji. I to po dobrej cenie. Myślę, że śmiało mogę tę płytę polecić, bo jest na niej wiele piosenek, które bardzo mocno chwytają za serce i opowiadają o czymś ważnym dla każdego z nas. Np. piosenka "Nasze słowa, nasze dni" mówi, że dom jest najważniejszy w życiu i nikt nie powinien o tym zapominać. Nieważne, co się będzie działo, ile będziesz zarabiał kasy.

- Na koniec zostawiłem sobie taki polski smaczek. Najsłynniejsza polska skandalistka Doda nazwała cię śpiącym królewiczem. 

- Wiem, wiem. Może jej nie podrywałem, to dlatego tak powiedziała. Myślę, że ta ocena wynika z pewnych cech mojego charakteru. Ja wolę się skupić na sobie, zastanowić się , co można dobrego w muzyce zrobić, wyciągnąć z tego wnioski, niż oceniać innych, bo nie jest moim powołaniem wydawanie werdyktów.

- Może nazwała cię w ten sposób dlatego, że nie prężysz piersi tak jak ona?

- Naprawdę nie wiem. Ja miałem "bardzo znikomą styczność" z Dodą, dlatego trudno mi powiedzieć, co miała na myśli. Możliwe, że to był taki impuls "dodowy". Doda jak gdzieś jest, i ktoś się ją o coś pyta, to ona odpowiada z reguły z pewną dozą pikanterii. I pewnikiem i tym razem tak się stało.

- Dziękuję Ci za rozmowę.

z Piotrem Kupichą
rozmawiał Wiesław Kutz
foto. Joanna Matlonova