Szpital dla konia

Publikacja z tygodnika "TYDZIEŃ" Nr. 6 z 18.11.2006
 
Lecznica mie¶ci się w tym samym budynku, co szkółka jeĽdziecka. Budynek nie jest jednak dobrym okre¶leniem. Stajnia to wła¶ciwsze słowo. Jest ona bardzo duża, wręcz wymarzona dla koni. Do szpitala jest osobne wej¶cie. Wewnątrz, po prawej stronie, znajduje się pięć boksów. Z każdego wygląda przyjazna głowa konia. Tylko jedna zagroda stoi pusta. Uważni spostrzegą, że kto¶ wykorzystał nieobecno¶ć wła¶ciwego mieszkańca. Siano zaczyna się poruszać, ożywa, co¶ się w nim tłumi, kotłuje. To wróble. Mieszkają pod dachem i od czasu do czasu zlatują na dół. Jest zima, więc przez najbliższe miesiące będzie to ich dom.

Jedyny taki w Polsce

Po¶rodku stajni stoi murowany budynek. To sala operacyjna. Jeden z zabiegów wła¶nie dobiegł końca. Zza drzwi zaczynają wyłaniać się postacie w zielonych fartuchach. Jest w¶ród nich lekarz weterynarii, Paweł Golonka. W 2000 roku założył on w Gliwicach pierwszy w Polsce prywatny "Szpital dla Koni" o tak zaawansowanym profilu. 
Wzorował się na klinikach niemieckich, gdzie odbywał kilkuletnie staże. Od założenia szpitala minęło już sze¶ć lat, ale na polskim rynku, placówka wciąż nie znajduje sobie równych. - Przyjmujemy konie do diagnostyki i leczenia z całej Polski, a także z zagranicy, między innymi z Niemiec, Rosji, Szwajcarii, Danii
i Kuwejtu. Innowacyjną techniką są zabiegi endoskopowe. Operacja przebiega wówczas z zastosowaniem nowoczesnego sprzętu, to jest kamery wprowadzonej
do wnętrza ciała. Opisana "technika minimalnej inwazji" jest dla konia najkorzystniejszym rozwiązaniem. Zwierze bardzo szybko powraca do zdrowia - tłumaczy założyciel szpitala.

Menu dla konia

Nastała pora karmienia. Przy każdym boksie, a w całej stajni jest ich kilkadziesiąt, wisi tabliczka z indywidualnym jadłospisem: "Pół porcji siana trzy razy dziennie", "Mieszanka meszu z owsem dwa razy dziennie" albo "Nie karmić!".
Konie z niecierpliwo¶cią podchodzą do żłobów. Jedzą, dosłownie, "pełną gębą". Dla pracowników szpitala jest to powód do zadowolenia. Ich podopiecznym wraca apetyt, a ciepły, wysokoodżywczy pokarm, jakim wła¶nie jest mesz, pozwala wzmocnić ich organizm. 

Praca z pasją

- Trzeba przyznać, że praca z końmi nie jest łatwa i wymaga dużej wrażliwo¶ci. Cały pracujący tu zespół, liczący czterech lekarzy i pielęgniarki, kocha te
zwierzęta. Gdyby tak nie było szpital nigdy by nie powstał, a ludzie ci nie wytrwali by w tym zawodzie. My tu w zasadzie nie odpoczywamy. Szpital jest czynny całą dobę. Niezależnie czy jest to noc czy ¶więto, zawsze przyjmiemy konia z nagłymi dolegliwo¶ciami. Na dyżurze są lekarz z pielęgniarką. Do pracy nikogo
nie trzeba tu zmuszać. Personel jest uwrażliwiony na potrzeby tych pięknych zwierząt. Wszyscy martwią się o ich zdrowie, tak jak o zdrowie swych najbliższych. Je¶li nawet kto¶ bierze urlop, to nie wyłącza się z życia szpitala. Dzwoni, pyta jaki jest stan jego podopiecznego, zawsze w nadziei, że się
polepszył - mówi Małgorzata Chybińska-Golonka, menedżer 
szpitala.

Koń nie powie, że go boli

Wielu wła¶cicielom koni brakuje wiedzy o zachowaniach tych zwierząt. U koni syndrom bólu objawia się "grzebaniem" w ziemi. Konie są niespokojne, chodzą w kółko, mogą się rzucać, tarzać, wielokrotnie robiąc sobie w ten sposób krzywdę. - Wła¶ciciel nie powinien patrzeć, jak koń się męczy. Czasami jeste¶my
bezsilni, ale niejednokrotnie jest to efekt zbyt długiego zwlekania z hospitalizacją - kontynuuje Chybińska. - Trafiają do nas konie z zaawansowaną kolką. Nigdy
nie odmawiamy pomocy, jednak zdarza się, że koń ma już pęknięte jelito. Wtedy możemy pomóc mu tylko w jeden sposób -usypiając go - dodaje Paweł Golonka.

Drogie leczenie - kierunek rzeĽnia

Dla niektórych koni pojawienie się w klinice oznacza wyrok ¶mierci. Nie chodzi o niemożno¶ć ich leczenia. Problemem jest "brak serca" wła¶cicieli zwierząt. Bywa, że gdy hodowca dowie się o kosztach leczenia swojego konia, zwyczajnie chce się go pozbyć. - Ludziom wydaje się, że pozbędą się "zepsutej
rzeczy". Wtedy my ingerujemy - stanowczo stwierdza pani Małgorzata Chybińska- Golonka. Szpital współpracuje z kilkoma fundacjami, które ratują życie koniom. Jeżeli wła¶ciciel nie zdecyduje się poddać konia leczeniu, menadżer szpitala szuka dla zwierzęcia fundacji. Ta wykupuje go od hodowcy, dzięki czemu nie trafia on do rzeĽni. W naturalnych warunkach konie dożywają 30 lat.

Setki operacji

Gliwicki szpital zajmuje się leczeniem wszystkich koni: od kucy, koni rekreacyjnych, po konie sportowe. Obecnie przebywa tu około 30 koni. Każdy z nich ma osobny boks. Są one stale doglądane. Należy bowiem obserwować czy zachowanie zwierząt jest prawidłowe, w szczególno¶ci po ciężkich zabiegach. A
przypadki? Najróżniejsze! Szpital zajmuje się leczeniem w zakresie ortopedii i schorzeń chirurgicznych, ale także chorób wewnętrznych, alergii, dermatologii i stomatologii. Najczę¶ciej trafiają się złamania i operacje kolek (tzw. ostre brzuchy). W szpitalu wykonuje się kilkaset operacji rocznie. Konie czekają na zabiegi w kolejce. Przypadki nagłe przyjmowane są poza kolejno¶cią. Czas rekonwalescencji jest różny: od kilku dni do kilku miesięcy.
Opłata za pobyt konia w przyszpitalnym pensjonacie kosztuje hodowcę 17 zł za dobę. Opłata za leczenie zależy od schorzenia. Na sumę tą składają się przede wszystkim potrzebne leki, często sprowadzone z Holandii bądĽ Niemiec. Drogie są również płyny, podawane koniom w formie kroplówki. Dla porównania: gdy człowiekowi podaje się 2 litry płynów, koń potrzebuje 20 litrów. 

W pozycji "na grzbiecie" 

Dorosły osobnik waży od 500 do 600 kilogramów. Mierzy do 170 cm w kłębie, czyli miejscu, gdzie tułów przechodzi w szyję. Jak więc przetransportować takiego
olbrzyma na stół operacyjny? Konia wprowadza się do specjalnego, monitorowanego boksu, który znajduje się zaraz przy sali operacyjnej. Jest to tzw. gumowy boks, gdyż od ¶rodka obity jest materacami. Mają one zapobiec ewentualnym urazom konia, podczas wstępnego usypiania. Cały czas jest przy nim zespół operujący. Gdy koń już bezwładnie leży, na jego nogi nakładane są specjalne opaski. Opaski te są zakończeniem łańcuchów, za pomocą których koń zostanie
przetransportowany na stół operacyjny. Jednym słowem jest to rodzaj dĽwigu. Choć podczas zabiegu koń leży na dwóch miękkich gumach, przypominających
olbrzymie koła ratunkowe, to zabieg powinien trwać jak najkrócej. Istnieje niebezpieczeństwo, że gdy koń leży na grzbiecie, nacisk spowodowany masą jego ciała, wywoła zapalenie mięsni. Najdłuższe operacje nie powinny przekraczać trzech godzin. Po zabiegu koń zostaje przetransportowany z powrotem do gumowego boksu. Tam jest wybudzany. Niezależnie od rodzaju schorzenia, czy to złamanie, czy naderwane ¶cięgna, koń od razu staje na nogi. Jest okrywany
derką i prowadzony do swojego boksu. 

Od dziecka przy koniach 

Na pytanie, dlaczego wła¶nie konie, Paweł Golonka odpowiada: - Bo to moja miło¶ć od podstawówki! Początkowo jeĽdziłem na koniach.. Potem wybrałem studia weterynaryjne. Obecnie mamy z żoną siedem własnych koni. Do dnia dzisiejszego lek. wet. Paweł Golonka wykonał kilka tysięcy zabiegów operacyjnych!
Operował konie nie tylko w Polsce, ale również w Niemczech, Rosji, na Sycylii, a w 2005 r. przebywał, jako konsultant, w Klinice Weterynaryjnej w Arabii Saudyjskiej. 
- Najwspanialsze w tej pracy jest to, że nam się udaje, że widzimy jak koń zdrowieje. Nie ma większej nagrody - podsumowuje Małgorzata Chybińska-Golonka.

Dagmara Grzybowska