Z Beatą Kozidrak z zespołu "Bajm" rozmawia Wiesław Kutz
Nie straciłam głosu

Publikacja z tygodnika "TYDZIEŃ" Nr. 6 z 18.11.2006
 
- Wasza płyta długogrająca ukazała się w 2003 roku. Twoja solowa "Płynę, płynę" wyszła w 2005 i błyskawicznie stała się "Złotą Płytą", później "Platynową". Kiedy następne krążki?
- Nie, nie chwileczkę. Nie tak szybko. Przecież ja nie jestem maszyną do robienia płyt (śmiech). A poważnie na wiosnę przyszłego roku planujemy drugie już ballady. Pierwsze cieszyły się dużą popularnością, więc wymyślamy nowe. A ponieważ za dwa lata 30-lecie zespołu, więc planujemy taką jubileuszową płytę. To raczej imponujący plan, jak na kapelę, która istnieje już tyle lat. 
- Jeden ze znanych brytyjskich krytyków muzycznych stwierdził, że podziwia zespoły , które potrafią grać z sobą dwadzieścia, trzydzieści lat. Jaka jest recepta na sukces "Bajm"?  Na to, że gracie już tyle lat?
- Jesteśmy chyba jedyną kapelą, która tyle lat jest na polskim rynku i to cały czas w czołówce. No i nagrywamy piosenki, które stają się przebojami. A nam nigdy dość, więc tworzymy dalej. Dobraliśmy się nie tylko jako muzycy, ale przede wszystkim jako ludzie. To tak, jak w dobrym małżeństwie. Jeśli związek istnieje długo to znaczy, że ludzie mają wspólny temat, że łączą ich wspólne zainteresowania. 
- Skoro mówimy, że zespół powinien być jak dobre małżeństwo, to chciałbym nawiązać do jednej Twojej wypowiedzi. A mówiłaś, że udał Ci się nie tylko zespół, ale również mąż, który jest Twoją jedyną miłością. Do tego dwie córki, a kariera jest właściwie wynikiem tak dobrego układu.
- Ustalmy pewną kolejność. Najpierw mąż, później dzieci, a zespół to grupa przyjaciół. "Bajm" niejednokrotnie się spiera, ale zawsze potrafimy
się porozumieć. To chyba najważniejsze w zespole, żeby móc się cieszyć tym, co się robi, cieszyć się muzyką, którą się gra.
-Niedawno widziałem w telewizji Wasz pierwszy teledysk z piosenką "Piechotą do lata". Wśród śpiewających na scenie był twój mąż Andrzej Pietras. Czemu zrezygnował ze sceny?
- To było wiele lat temu. Andrzej zajął się sferą showbiznesu, bardzo istotną dla życia artysty. Różni ludzie zajmowali się naszymi finansami i przez wiele lat byliśmy zwyczajnie okradani. Teraz to się zmieniło. Dziś chyba jako jedyna artystka w Polsce mam taki komfort, że nie interesuje
mnie nic, co wiąże się tzw. działalnością pozaestradową zespołu. Mogę się zająć sobą, zespołem, sferą artystyczną. Andrzej zajmuje się wszystkim. Wiem, że nie jest to dla niego łatwe, bo on kocha scenę, ale ktoś musi zalatwiać biznesy. Tak naprawdę w duszy jest artystą cały czas.
- Jak widzę, znów jesteś odjazdowo ubrana. Czy to efekty biegania po ulubionych Twoich sklepach Nowego Yorku i Chicago?
- Nie, nie. Teraz wszystko się zmieniło. Z zeszłorocznego pobytu w Stanach wróciłam zawiedziona. Na buty i ubrania wydałam strasznie mało
pieniędzy! Wszystko jest już takie podobne. I u nas, i w USA. Mało tego, mam w Polsce tak wspaniałych krawców, że nie ma już sensu kupować ubrań za granicą. Mam nawet szewca, który robi mi buty na zamówienie. To się nazywa Ameryka! 
- A jak życie w Lublinie? W jednej z książek przeczytałem, taką oto Twoją wypowiedź: "Ogromnie się cieszę, że nie mieszkam w Warszawie, bo słyszę o jedną plotkę na swój mniej.".
- Co się tyczy plotek, to nie przejmuję się już nimi tak bardzo jak kiedyś. Moja publiczność zwyczajnie je ignoruje. W Warszawie ludzie postępują zbyt drapieżnie Natomiast życie w Lublinie jest spokojniejsze. Mam tu najbliższą rodzinę, choć niewiele jej już zostało. Niedawno straciłam tatę, więc mamę wzięłam pod swoje skrzydła. Wśród najbliższych łatwiej jest żyć. Nie ma tego stresu, napięcia. A mnie jest potrzebny spokój, gdy wracam z koncertów.
- Nawiązując do rodziny, to Ty i Andrzej pomagacie swoim dzieciom?
- Na tyle, na ile oczekują od nas tej pomocy. Jeśli chodzi o starszą córkę Kasię, która już zadebiutowala na scenie, to mogę powiedzieć, że jest ona osobą szalenie ambitną. Ma swoje plany, swoją muzykę, którą kocha. I jeśli chcemy pomóc, to o tym z nią rozmawiamy. Przede wszystkim
jednak, to jej życie, jej wybory i wszystko to szanuję. Tak na marginesie- dzieciom znanych artystów wcale nie jest łatwiej, czasami wręcz trudnie zaistnieć w show biznesie.
- Kilka tygodni temu zobaczyłem tzw. kolorowe, plotkarskie pismo, na okładce którego było Twoje zdjęcie Beaty z krzyczącym tytułem "Beata traci głos". Przyznam, że byłem zaszokowany.
- I co? Uwierzyłeś?
- Nie. Jak mogłabyś nagle stracić głos? 
- Dlaczego? Różne rzeczy mogą się zdarzyć. Ale tak na poważnie. To rodem z Niemiec pismo podzieliło się ze światem zupełnie nieprawdziwą
informacją wyssaną z palca. Gazeta zamieści wkrótce duże sprostowanie. A jak wiesz kto czyta uważnie sprostowania? Niewiele osób. Tania sensacja poszła w świat i żyje swoim życiem. Wspólnie z Andrzejem doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu wkraczać na ścieżkę sądową. Szkoda naszego zdrowia i czasu. Gazeta wielokrotnie przepraszała za swój błąd. Korzyli się przede mną, przed prawnikiem. Jest to przykre. Nie należy wierzyć we wszystko, co ukaże się w kolorowej prasie. Są to plotki, historie nieprawdziwe. Z początku takie incydenty kosztowały mnie wiele nerwów. Teraz to minęło. Szkoda życia. 
- I bardzo dobrze. Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuję.