| Jest szefem kuchni w
znanym warszawskim hotelu Bristol. Od dwóch lat prowadzi w TVP 1 program
Kuchnia z Okrasą. 27-letni Karol Okrasa, popularny i lubiany kucharz,
otrzymał właśnie Oskara za osobowość kulinarną 2005.
Karol Okrasa nigdy nie przypuszczał,
że będzie kucharzem. Kiedy jako 15-latek w warsztacie wuja, umorusany smarami,
reperował swojego malucha, był prawie pewien,
że zostanie mechanikiem samochodowym. To rodzice go przekonali. - Czyste
zajęcie - mówili. - Nigdy nie będziesz chodził głodny, a ponieważ ludzie
muszą jeść, zawsze znajdziesz pracę. No i nazwisko zobowiązuje!
- Moja mama dodawała jeszcze,
że wśród kucharzy jest wielu mężczyzn, więc na pewno znajdę męża - śmieje
się Monika, żona Karola, która skończyła tę samą szkołę.
- No i miała rację. Karol
posłuchał rodziców i poszedł do technikum gastronomicznego. Dziś twierdzi,
że dobrze zrobił. Po praktykach w Bristolu zaproponowano
mu etat w hotelowej kuchni.
Przez 10 lat pracował na wszystkich stanowiskach. Gotowanie stało się jego
pasją. Doceniło to szefostwo hotelu i rok temu Karol został szefem kuchni
dwóch renomowanych restauracji. Telewizja odkryła go rok wcześniej.
- Czy trudno było się dostać
do programu? - zastanawia się. - Nie. To była raczej doskonała zabawa.
Przyrządziłem filet z pstrąga duszonego ze świeżą kolendrą i nadziewanego
kandyzowaną cytryną. Spodobałem się. Moje gotowanie też. Może dlatego,
że zarówno w kuchni w Bristolu, jak we własnym domu czy w telewizyjnym
studiu zawsze jestem sobą. Tylko zapraszani do programu goście są różni.
Na przykład Wiktor Zborowski (niezapomniany Longin Podbipięta
z filmu "Ogniem i mieczem
J.Hoffmana). Nagranie już się zaczęło, więc poprosiłem go, żeby mi pomógł.
A on z rękami w kieszeniach mówi: To pan się zdziwi, bo ja do kuchni w
ogóle nie wchodzę. W końcu dał się namówić i pokroił marchewkę. Zrobiliśmy
wtedy zrazy wołowe w sosie piwnym. A że moją ambicją jest, by zaproszony
gość spróbował dania, które razem przyrządziliśmy, dałem mu te zrazy.
Wziął kęs do ust, spojrzał,
czy kamery wciąż pracują, żeby zaraz wypluć. Ale zjadł i nawet poprosił
o dokładkę. Nie krył zadowolenia i drugą potrawę zrobiliśmy już razem.
Fantastyczny był pan Wojciech Pszoniak. Sam wielki smakosz, napisał nawet
książkę kucharską. Do dzisiaj dzwonimy do siebie, konsultując różne kulinarne
pomysły
Nazwisko zobowiązuje...
- Byłem zaskoczony, kiedy
czekając na Pana w holu hotelu przeczytałem, że nie jest pan szefem kuchni,
ale reżyserem smaku. Brzmi to co najmniej tajemniczo.
- Chciałbym, żeby moi goście
mówili nie tyle o gotowaniu, ale o sztuce kulinarnej. Dla mnie ważne jest
smak potrawy, ale smak wykreowany, nie smak nadany. Ważna jest również
sztuka układania na talerzu. Porównałbym tę czynność do malowania obrazu
na talerzu. Bardzo istotny jest również cały spektakl,
który ma miejsce przy stole.
Ja uwielbiam rozmawiać z gośćmi. Gdy przychodzą do restauracji, to tak
jakby przychodzili do mnie do domu. Tak bowiem
traktuję hotel. Jedzenie
ma być czymś w rodzaju przeżycia, ekstazy. Tak, żeby była to chwila, której
się nigdy nie zapomni.
Jeżeli ktoś rzeczywiście
chce przeżyć takie chwile, to nie chce karty, tylko prosi szefa, żebym
do niego wyszedł i porozmawiał chwilę. I wtedy okazuje się, że ten
ktoś chce, żebym przygotował
coś specjalnego, niepowtarzalnego. Coś przeznaczone tylko dla niego. A
to jest woda na mój młyn. Wtedy buduję swoje wizje, swoje smaczki, buduję
napięcie - coś w rodzaju spektaklu teatralnego, tłumacząc, co gość je,
albo tajemniczo tylko opowiadam, co może się zdarzyć. Raz tworzę potrawy
bardziej wytrawne, raz bardziej słodkie, innym razem bardziej słone...
Takie różne ciekawe rzeczy, które - nie ukrywam - sprawiają mi przyjemność.
Ale najważniejsze, żeby
mój gość był zadowolony, bo nie zawsze musi mu wszystko, co przyrządzę
smakować. Bo są przecież różne gusta, ale cieszę się, gdy wychodzi ze świadomością,
że uczestniczył w jednorazowym spektaklu.
- Panie Karolu, najwspanialsi
goście, których Pan tutaj w Bristolu podejmował. I co Pan im wówczas serwował?
- Nie są to osoby ze świata
polityki, czy z pierwszych stron gazet, osoby powszechnie znane. Dla mnie
najwspanialszymi osobami są pasjonaci jedzenia. Ludzie
zupełnie anonimowi, którzy
przychodzą tutaj dla zaspokojenia swojego wewnętrznego poczucia spróbowania
czegoś dobrego, przeżycia czegoś fajnego.
I to są najczęściej ludzie,
których nikt nie zna. Tak ze mną rozmawiają o jedzeniu, że moglibyśmy siedzieć
i do czwartej nad ranem i rozmawiać, Opowiadają, co oni przed chwilą zjedli,
albo co zjedli dziesięć lat temu gdzieś tam w Polsce, czy na świecie.
Wiem - prezydent tego kraju,
prezydent tamtego kraju, a to ten znany piosenkarz u mnie jadł - tego chciałby
się pan apewne dowiedzieć. Oczywiście przychodziły tu takie osoby i przchodzą,
bo Bristol to wyjątkowy hotel, ale muszę powiedzieć, że największą frajdę
mam obcując z osobami zupełnie anonimowymi, którzy, którzy po prostu wiedzą
,o czym mówią i chcą dobrze zjeść.
- Ale jeden choć przykład!
Kogo pan karmi ze znanych osób?
- Ależ mnie pan przydusza!
Dobrze, częstym gościem jest znany dziennikarz i satyryk Wojciech Mann.
Równie często bywa pan Wojciech Kilar, czy to w restauracji, czy
w barze kolumnowym, popijając kawkę. Natomiast myślę, że wszyscy ci znani
chcą, żeby zachować to w tajemnicy - żeby mogli się tu, w "Bristolu" w
ciszy i w spokoju się zrelaksować.
- Ostatnia prośba. Co
je Wojtek Mann najczęściej?
- Caprese. Uwielbia tę bardzo
prostą sałatkę caprese, zamawia podwójną najczęściej.
- A co je najchętniej
Karol Okrasa?
- Mam kilka swoich ulubionych
potraw. Jest to przede wszystkim zupa ogórkowa mojej mamy, pierogi mojej
babci, czy też makaron zrobiony przez moją żonę
Monisię. Natomiast tak naprawdę
jestem wszystkojedzący. Uwielbiam smakować, uwielbiam być zaskakiwany na
talerzu. Szczególnie, gdy ktoś mi poda potrawę i wtedy uwielbiam to jeść.
-Dziękuję bardzo!
-Dziękuję!
Z Karolem Okrasą
rozmawiał
Wiesław Kutz |